ZAPRASZAMY NA BLOGA!
Wyprawa się skończyła, ale strona będzie funkcjonować nadal. Już niedługo pojawi się galeria zdjęć z rejsu, wa zakładce "O Arktyce" będą nowe ciekawostki (ostatnio doszły dowcipy o Czukczach). W każdym razie - zaglądajcie tu czasem...
Jak wyglądała trasa naszego rejsu - kliknij tutaj.
Wyjaśnienie jak wyglądała sprawa naszych aresztowań na Czukotce - tutaj.
Hurra! Może nie wypada się chwalić, ale przyznaję – było mi miło, jak się o tym dowiedziałam. Krótko mówiąc opisana nasza niżej wyprawa została nominowana do przyznawanej przez National Geographic nagrody TRAVELERY. Osobom, które nas zgłosiły - z całego serca dziękuję; cieszymy się, że ktoś ten nasz trudny bądź co bądź rejs docenił.
Teraz, do 27 marca, trwa głosowanie SMSowe. Jeśli chcecie oddać na nas głos, to wyślijcie pod numer 71001 SMSa o treści:
TR.wybieram.A2
Tym, którzy nie poskąpią na tego SMSa (netto 1 zł, brutto 1,23 zł) – baaaaardzo dziękuję!
Więcej informacji o konkursie - w lutowym numerze Travelera.
PS. Swoją drogą jesteśmy też zgłoszeni do prestiżowych Kolosów! Szczegóły na www.kolosy.pl
I jeszcze jedno: za jakiś czas (w 2012 roku) powstanie książka o naszej wyprawie na "Annie", z dużą ilością informacji o arktycznej Północy, ludziach tam żyjących, przyrodzie, historii i współczesności tych terenów. Póki co, od połowy listopada 2011 roku, w księgarniach można kupić wydaną przez wydawnictwo Almapress relację z ubiegłorocznego rejsu - "Kurs Arktyka" (okładka obok).
30 września, 85. dzień wyprawy lotnisko w Anchorage Koniec wyprawy!
Żal mi było opuszczać „Annę” i rozstawać się z Börje, z którym przez te trzy miesiące wspólnego żeglowania stworzyliśmy chyba udany żeglarski team. Przed wyjazdem na lotnisko wpadliśmy jeszcze na „Muktuka”, bo chciałam się pożegnać z naszymi austriackimi znajomymi. Wzruszyłam się, bo chłopcy narysowali mi specjalne laurki – z wielorybami, fokami i Eskimoską na kajaku (ponoć to miałam być ja :-) ).
Dopiero w samolocie dotarło do mnie, że skończył się rejs, który zdecydowanie mogę uznać za najlepszy w moim życiu. Dostaliśmy w kość, bo morze nas nie rozpieszczało, ale z drugiej strony zyskaliśmy mnóstwo nowych doświadczeń. Cieszę się, że wracam do rodziny, znajomych, ale wiem że przez jakiś czas trudno będzie mi się przestawić na tory wielkomiejskiego życia, gdzie doba jest za krótka, a w pracy – wszystko „na wczoraj”. Börje który nadal jeszcze nie wie, gdzie będzie zimował „Annę”, w związku z czym przez najbliższe tygodnie będzie żeglował w pojedynkę, może wciąż jeszcze cieszyć się wolnością i spokojem jaki daje kontakt z przyrodą. Mam nadzieję że wiatry będą mu sprzyjały, a „Anna” do końca będzie jego niezawodną kompanką.
Po prawej: "Anna" w dniu, kiedy ją opuszczałam :(
* * * * *
29 września, 84. dzień wyprawy Sand Point Jak zarobić 4 tys. bagsów w dwa tygodnie
Właściwie to cały dzień minął mi pracowicie na pakowaniu się i sprzątaniu jachtu, podczas gdy Börje zawziął się, by naprawić autopilota (przy samotnej żegludze bardzo mu się przyda) . Ponieważ tym razem od rana praktycznie cały czas lało, nawet nie mieliśmy specjalnej motywacji by wybrać się gdzieś na wycieczkę. Dopiero wieczorem poszliśmy na pożegnalne piwo do jedynego tutaj pubu. Wypróbowaliśmy wszystkie trzy rodzaje miejscowego "Alaskana". Do wyboru jest: "Amber" (moim zdaniem najlepsze), "Ipa" (specyficzne, ale też najmocniejsze - 6,5%) i "White", z polarnym miśkiem na etykietce. Nie żebym propagowała picie alkoholu, w Stanach dozwolone od lat 21, ale warto wiedzieć, co tu oferują.
Klientela pubu to głównie myśliwi. Chyba że tu taka moda, że połowa facetów przychodzi na piwo w maskujących ubraniach. Polują między innymi na niedźwiedzie, których jest tu tyle, że nikomu nie przychodzi do głowy, aby wziąć je pod ochronę.
Po piwie wpadliśmy jeszcze do fabryki ryb, gdzie jest automat telefoniczny z którego dzwonimy do domów. Podobnie jak i wczoraj trafiliśmy na przerwę na kawę pracowników filieciarni i podobnie jak i wczoraj, gadaliśmy o pracy w fabryce. Na poważnie nawet zaczęłam się zastanawiać czy nie warto tu na kilka miesięcy przyjechać do pracy. Sympatyczny Filipińczyk z którym najbardziej się zakumpliliśmy (połowa tutejszych pracowników to Filipińczycy, Kenijczycy i Sudańczycy) powiedział nam że przez 2 tygodnie zarobił 4200 dolarów! Inna sprawa, że pracuje się tu 16 godzin dziennie (tak, tak, wszyscy bez szemrania podpisują w kontrakcie że zgadzają się na taki układ i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy by powoływać się na jakieś związki zawodowe i prawo do należytego odpoczynku). W sumie to ze dwa miesiące mogłabym przy takich zarobkach wytrzymać te 16 godzin. To że praca nieco "odmóżdżająca" to fakt, no ale przynajmniej nauczyłabym się robić filety :-)
Zapomniałabym! Dzisiaj wpłynął do Sand Point także "Muktuk" z naszymi zaprzyjaźnionymi Austriakami. W przeciwieństwie do nas widzieli niedźwiedzie brunatne! Trochę to niesprawiedliwe - my tropiliśmy miśki chodząc ich ścieżkami, a Karl jak opowiadał - na ląd nie schodził tylko co i rusz obserwował je z okien jachtu. Może to faktycznie najlepsza metoda? I do tego - najbezpieczniejsza!
Obok: U naszych austriackich przyjaciół na "Muktuku".
* * * * *
28 września, 83. dzień wyprawy, wieczorem W Sand Point Pozycja: 55 st. 20`N, 160 st. 30`W Ostatni port (dla mnie)
Sand Point okazał się dużo sympatyczniejszym portem niż wcześniej odwiedzone King Cove. Rozciągnięta wzdłuż wybrzeża miejscowość dzieli się na trzy części: wypełniony kutrami rybackimi port, imperium przetwórni ryb (istne miasto w mieście, z sypialniami dla pracowników i sklepem zlokalizowanym między chłodniami i halami gdzie się obrabia ryby) oraz osiedle mieszkalne, w którym według Locji Admiralicji Brytyjskiej żyje około 900 osób. Czym się zajmują zdradzają… nagrobki na lokalnym cmentarzu. Tam gdzie są tabliczki (bo o groby tu się raczej nie dba, więc tabliczki są tylko na co niektórych), na wszystkich męskich grobach widnieje wizerunek kutra oraz napis: „rybak”, ewentualnie także „myśliwy”. Co ważne – większość grobów ma prawosławne krzyże, a jedyna świątynia jaką widziałam to cerkiew! Zaskakujące, jako że w amerykańskich miasteczkach zwykle jest na pęczki najrozmaitszych kościołów o których często nikt inny gdzie indziej nie słyszał, a tymczasem tutaj tylko ten jeden Dom Boży.
Ta cerkiew to dowód, że rosyjska przeszłość Alaski wywarła na jej mieszkańców wpływ większy niż można byłoby się spodziewać. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapę tych terenów – aż roi się na niej od rosyjskich nazw, które zapewne Amerykanom trudno wymówić. Jest np. zatoka Ivanof, wyspa Poporechnoi, inna wyspa – Wosnesenski, miejscowość Morzhovoi (podaje pisownię z atlasu Alaski). To tylko nieliczne z całej masy przykładów. Jednak znaleźć kogoś władającego rosyjskim, o to już nie łatwa sprawa…
Zdjęcie po prawej: standard z miejscowego cmentarza: prosty grób, prawosławny krzyż i tabliczka ze zdjęciem kutra na którym pływał pochowany rybak.
* * * * *
28 września, 83. dzień wyprawy, po południu Pacyfik, po wyjściu z Beaver Bay Pozycja na 1645: 55 st. 14`N, 161 st. 44`W Stado wielorybów na kursie!
Do Sand Point mamy 20 mil - przysłowiowy rzut kamieniem.Zrobiła się piękna pogoda - wieje wprawdzie słabo, ale przez 10 minut wytrzymałam na pokładzie w koszulce z krótkim rękawem!
Ponieważ dotarło do mnie, że to moje ostatnie godziny pod żaglami "Anny" (przynajmniej w tym rejsie), szkoda mi schodzić pod pokład choćby na kilka minut. Ledwo jednak zeszłam, dosłownie po to, by zrobić herbatę, a tu Börje krzyczy, że pojawiły się wieloryby! Faktycznie, dokładnie kontrkursem, czyli idealnie naprzeciwko nas, szło wielkie stado humbaków, czy jak kto woli - długopłetwowców! Co i rusz puszczały fontanny pary wodnej, albo skakały ponad wodę pokazując swoje charakterystyczne płetwy piersiowe porównywane do skrzydeł. Towarzyszyło im mnóstwo ptaków, korzystających z możliwości łatwego łupu, czyli złapania wypłoszonych przez waleni ryb. Piękne widowisko - jeden z najbardziej niezwykłych momentów tego rejsu!
Na zdjęciu: Te czarne kształty to oczywiście humbaki.
* * * * *
28 września, 83. dzień wyprawy, około południa W Beaver Bay Ani bobrów, ani miśków!
W ramach odwiedzania (przypadkowego) zatok o nazwach zwierzątek, tym razem jesteśmy w Beaver Bay czyli Zatoce Bobrów. Wpłynęliśmy tu wczoraj, już po nocy, płynąc „na radar”, bo komputer nawigacyjny zaciął się i nie chciał pokazywać pozycji jachtu, podczas gdy radar po raz kolejny udowodnił, że jest urządzeniem któremu można ufać.
Wczoraj oczywiście nic poza zarysem lądu nie widzieliśmy, za to dzisiaj, wraz z porannym wystawieniem na pokład głowy, stwierdziliśmy że jest całkiem ładnie. Ponieważ w ramach nadmiaru szczęścia było również błękitne niebo i świeciło słońce, zaraz po śniadaniu (jak zwykle: poridż „made by Borje”) wyruszyliśmy odkrywać nieznany ląd.
Pomni wczorajszych przygód z pontonem dzisiaj umocowaliśmy go na brzegu niczym na falę tsunami, po czym już ze spokojną głową najpierw przeszliśmy się po kamienistej plaży (sporo muszelek i galaretowatych meduz), a następnie wdrapaliśmy na pobliskie wzgórze. Wbrew nazwie zatoki nie widzieliśmy żadnych śladów bobrów (ba, nawet żadnej rzeki nie widzieliśmy!), za to znowu pełno było ścieżek niedźwiedzich. Chętnie z nich korzystamy, bo ułatwiają poruszanie się po tutejszym terenie – są szerokie i prowadzą przez przeszkody terenowe zawsze najlepszym z możliwych wariantów. Odciśnięte na piachu wyraźne ślady (na zdjęciu obok) wskazywały, że trochę przed nami łaziła po tej okolicy niedźwiedzica z młodym. Wróciliśmy na jacht nieco zawiedzeni – kolejny raz na lądzie, ślady dookoła świadczą że aż się tu roi od niedźwiedzi, a my, wstyd, nie widzieliśmy żadnego!
* * * * *
27 września, 82. dzień wyprawy , około południa W Bear Bear Jak omal nie zostaliśmy Robinsonami
Siedzimy na pokładzie, objadamy się upieczonym wczoraj przeze mnie ciastem i napawamy się widokami na ośnieżone góry. Nie da się zaprzeczyć : Alaska to jedno z piękniejszych miejsc na mapie świata. Z lewej strony mamy poszarpany zatokami Półwysep Alaska, z prawej – wyspę Ukolnoi.
Mieliśmy opuścić naszą przytulną zatoczkę nie później niż w południe (z samego rana nie mogliśmy, bo czekaliśmy na korzystny pływ, czyli wysoką wodę), ale jak zwykle różne nieprzewidziane okoliczności udaremniły nam te zamiary. Zastanawiałam się czy powinnam pisać o tym co sobie na własne życzenie zafundowaliśmy, bo w sumie to trochę wstyd i nie powinno się to zdarzyć… Z drugiej strony nie ma ludzi nie popełniających błędów. Opiszę jednak niefortunne zdarzenie nie tyle z kronikarskiego obowiązku :-), co raczej ku przestrodze innych żeglarzy.
Obok: Borje z jedną ze złapanych ryb.
Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na ląd na „zajęcia własne”. Börje – zwijać sieci (wpadły 2 łososie i kilka flądro-podobnych), ja – przejść się po brzegu. W międzyczasie Börje poprosił mnie, bym się rozejrzała za jakimś kamieniem do przywiązania linki od pontonu, ale kamienia w najbliższej okolicy nie było, wyciągnęłam więc ponton jedynie dokąd dałam radę na suchy brzeg, w sumie ze trzy metry od zajętego rybami Börje i zaopatrzona w dwie rakiety na wypadek spotkań z niedźwiedziami, poszłam na spacer. Daleko nie zaszłam, bo ślady świeżej niedźwiedziej uczty na brzegu (obgryzione ryby plus wielka kupa) zniechęciły mnie do zapuszczania się w okoliczne krzaki, tak więc wolniutko sobie wracałam, gdy nagle spory już kawałek od brzegu, zobaczyłam dryfujący ponton. –Fajnie, będziemy mieli drugi ponton! – pomyślałam całkiem zadowolona, gdy nagle dotarło do mnie, że biały, dmuchany kształt to NASZ ponton.
Rzecz jasna, przyśpieszyłam kroku. W tym samym momencie co się stało zauważył pochłonięty rybami Börje. Nawet nie dociekaliśmy czyja to wina – wiedzieliśmy że oboje daliśmy plamę, więc gnaliśmy wzdłuż brzegu w kierunku miejsca do którego jak liczyliśmy, pchany wiatrem i falą ponton dopłynie. Nawet ryzyko spotkań z przychodzącymi na brzeg miśkami przestało nas już obchodzić. Niestety, kiedy ponton już był całkiem blisko, nagle… wiatr zmienił kierunek i ponton zaczęło znosić z powrotem na środek zatoki. W sumie nie był wtedy jeszcze daleko – ze 30 metrów od brzegu. Börje bohatersko zrzucił część ubrania i wskoczył do morza, ale równie szybko jak wskoczył, także wyskoczył, twierdząc że w tej temperaturze wody płynąć się nie da.
Nie chcę zamęczać opisami, ile nerwów kosztował nas ten ponton. Kiepski to widok patrzeć na zakotwiczony w oddali jacht, na który nie ma jak się przedostać. Oczywiście jak to w takich sytuacjach bywa, nie mieliśmy stosownych ubrań, żadnego jedzenia, telefonu satelitarnego… Jak na ironię strzelba (obrona przed niedźwiedziami i ewentualna szansa upolowania czegoś) plus plecak z różnymi przydatnymi rzeczami, został… w pontonie. Wokoło rozciągało się totalne pustkowie, żadnych ludzi, cywilizacji. Wisiała nad nami mało przyjemna perspektywa zostania Robinsonem z powodu własnej głupoty. Z drugiej strony cały czas nie opuszczała nas nadzieja, że ponton jednak zdryfuje do brzegu, choć niestety było też całkiem spore prawdopodobieństwo, że zostanie porwany przez prąd i wyniesiony poza wody zatoki, na otwarte morze.
Opatrzność nad nami czuwała! Można sobie wyobrazić naszą radość kiedy w końcu dorwaliśmy ponton. Straciliśmy przez niego mnóstwo czasu, zyskaliśmy dawkę stresu i nowe doświadczenie. Nauczka na całe życie…
Teraz już znowu płyniemy… Bogu dzięki amerykańskie prognozy dość często się nie sprawdzają czyli wbrew oczekiwaniom mamy bardzo ładną pogodę. Leży przede mną wydruk wzięty wczoraj z kapitanatu portu King Cove gdzie czarno na białym stoi że dzisiaj, czyli we wtorek 27 września będzie wiać 30 węzłów, ma padać, a w ogóle to jest ostrzeżenie że małe jednostki najlepiej powinny nie wychodzić z portu. Tymczasem jest śliczne, błękitne niebo, słoneczko, a wiatru tyle, że, postanowiliśmy wspomóc się silnikiem. Mam nadzieję że zła pogoda nie dogoni nas przed wejściem do Sand Point do którego mamy jeszcze około 60 mil. Póki co zachwycamy się widokiem ośnieżonego wulkanu Pavlof i przewyższającej go sąsiadki, góry nazwanej Pavlof Sister (Siostra Pavlofa) :), mającej 2142 metrów
Dwie godziny później…
A jednak wiatr przyszedł. Teraz znowu już mamy jazdę na krawędzi, to znaczy w takim przechyle, że kantem pokładu orzemy morze. Na szczęście wciąż jest ładnie i nie widać, aby zanosiło się na deszcz. Pod pokładem inwazja popcornu który, póki było jeszcze spokojnie, przygotował Börje, ale przy pierwszym mocniejszym przechyle miska z prażoną kukurydzą wyjechała ze stołu i mimo prób pozbierania, białe ziarna teraz są dosłownie wszędzie.
* * * * *
27 września, 82. dzień wyprawy, wieczorem W Bear Bay Pozycja: 55 st. 10`N, 162 st. 02`W W gościach u niedźwiedzi
Zatoka w której stanęliśmy dzisiaj na noc nazywa się Zatoką Niedźwiedzi i jak się przekonaliśmy podczas krótkiego wypadu na ląd, rzeczywiście jest to miano uzasadnione. Co i rusz widać niedźwiedzie ścieżki, ślady ich wylegiwania się tudzież inne dowody ich obecności jak na przykład odchody. Co do tych ścieżek to są dość charakterystyczne – szerokie, przypominające drogę z dwiema koleinami, co wynika ze stylu człapania miśków.
Odwykliśmy już od noszenia strzelby, a tymczasem dzisiaj jakoś nam jej brakowało. Mieliśmy ze sobą wprawdzie dwie rakiety, ale w okolicy ewidentnie roi się od miśków, tak więc (choć na głos o tym nie mówiliśmy) nie wiadomo czy te rakiety by wystarczyły aby odstraszyć zwierzaki. Może to głupie, ale przedzierając się przez chaszcze (Börje bardzo chciał znaleźć jakąś rzeczkę do łowienia ryb) zastanawiałam się czy niedźwiedzie brunatne, bo to o ten gatunek chodzi, lubią czosnek? Dziś na obiad zrobiliśmy makaron z parówkami, sosem i dużą ilością czosnku, tak więc cuchniemy na odległość.
Zdjęcie po prawej: Typowa niedźwiedzia ścieżka.
Wróciliśmy z trekingu przemoczeni, bo w międzyczasie pogoda się ustaliła na zdecydowanie deszczową. Szkoda, bo jak nie ma chmur to są tu obłędne widoki – widziałam, jak dopływaliśmy. W dali widać ośnieżone góry, na pierwszym planie teren mieni się natomiast gamą jesiennych kolorów – czerwieni, żółci i resztek zieleni.
Ciekawy jest tutejszy brzeg. Akurat był odpływ, więc morze cofnęło się dobre sto metrów, ukazując część swojego bogactwa. Szczególnie dużo jest meduz i naszych znienawidzonych wodorostów (znienawidzonych bo są strasznie długie i mogą wkręcić się w śrubę od silnika). Poza tym są też fioletowe małże (nie znam się, ale ponoć dobre do jedzenia), jeżowce i inne podobne „dobra”.
Na zdjęciu obok: Niedźwiedzia kupa.
Tymczasem barometr leci łeb na szyję… Jutro może być ciężki dzień. Do Sand Point zostało nam jakieś 70 mil, ale nie możemy stąd za wcześnie wypłynąć, bo trzyma nas czas pływów. Stoimy w części zatoki do której można było wpłynąć bardzo wąskim i płytkim przesmykiem (żeby się w niego wstrzelić dwa razy zawadziliśmy o grunt). Sprawdziliśmy tablicę pływów – wysoka woda jest dopiero o… 1440. Kiepskawo…. Zostać kolejną noc już tu nie możemy, bo z kolei ma nadejść bardzo silny wiatr z południa. Nie mamy wyboru – jak tylko się da wcześnie, jutro stąd zmykamy.
* * * * *
26 września, 81, dzień wyprawy W King Cove (Alaska) Nocleg przy kei i znowu w morze
Wczoraj późnym wieczorem, jakoś tak o 23-ej, zacumowaliśmy w King Cove, porcie położonym tym razem już nie na wyspie, ale na Półwyspie Alaska (na zdjęciu obok). Uznaliśmy że nie ma co się katować pływaniem w trudnych warunkach po nocy, lepiej przespać się na równej stępce, przy osłoniętym nabrzeżu. Wejście nie było łatwe, bo raz – nie za bardzo wiedzieliśmy jak wygląda układ portu (jak to dobrze, że wynaleziono coś takiego jak radar), ale co gorsze – wiało jak diabli, prawie do główek portu regularne 40 węzłów nie mówiąc o przychodzących co i rusz bardzo mocnych, porywistych podmuchach.
Kolację, to jest złowionego rano łososia, zjedliśmy wraz z wybiciem północy. Potem – padliśmy ze zmęczenia. Rano obudziło nas błękitne niebo i – spokój! Żadnego wiatru! Miasteczko, czy raczej wioska - bez rewelacji, po prostu kolorowe domki na brzegu, natomiast najważniejszy jest port pełen rybackich łodzi i przygotowanych już klatek na kraby (sezon połowów krabów rozpoczyna się 15 października). W kapitanacie portu gdzie musieliśmy się zarejestrować (i zapłacić za jednonocny postój 27 dolców!) rybacy żywo dyskutowali jaka sól jest najlepsza do przechowywania ryb. Okazuje się, że w modzie jest teraz… japońska. Cóż, pomyślałby człowiek że sól jak sól, a tymczasem to bardzo złożony problem.
Na zdjęciach: port Sand Point i przygotowane klatki na kraby.
Informacja że jesteśmy z jachtu wzbudziła wśród rybaków poruszenie, bo tutaj też, podobnie jak w Dutch Harbour, mają nas chyba za niespełna rozumu, że nie mając z tego żadnego profitu, szwendamy się po tych kapryśnych akwenach, walcząc z silnymi o tej porze roku wiatrami. Ponoć kilka dni temu był tu też poznany w Nome „Elbubu” – jacht z RPA.
Trochę później…
Punktualnie o godzinie pierwszej oddaliśmy cumy i odpłynęliśmy w siną dal, a dokładniej na wschód. Widoki – zapierające dech. Wulkan z tyłu, wulkan z przodu, wulkan z boku, a wszystkie idealnie stożkowe, ośnieżone, wywołujące szczere: Wow! W międzyczasie na klifach Börje wypatrzył orły – takie żywcem wzięte z amerykańskiego godła, czyli czarne, z białą głową. Kolejne: Wow!
* * * * *
25 września, 80. dzień wyprawy Płyniemy
Dzień rozpoczęliśmy od sprawdzenia co tam wpadło do naszych sieci. A wpadło sporo, tyle że do zjedzenia nadawał się jedynie pokaźnych rozmiarów łosoś (resztę dziwnie wyglądających ryb wrzuciliśmy z powrotem do wody, tym bardziej że wciąż żyły)
Zatoczkę opuszczaliśmy lawirując między warkoczami trawy morskiej. Nie wiem jak się fachowo nazywają te wodorosty, ale stanowią nasze przekleństwo, bo obawiamy się czy się to długie, ciągnące niczym gruby sznur świństwo, nie wkręci w śrubę od silnika. Są nawet takie, które mają po kilkanaście metrów. Problem chyba jest poważny, bo nawet na mapach elektronicznych się zaznacza rejon występowania tych roślin.
Po lewej: Trzymam wyrzuconą na brzeg łodygę "trawy morskiej" (są też dłuższe egzemplarze). Po prawej: znaczek stosowany na elektronicznych mapach nawigacyjnych, ostrzegający przed wodorostami.
Tymczasem się rozwiało i to solidnie. Takie 7-8 stopni w skali Beauforta (wiatr 35-40 węzłów), co niektórzy może by i nazwali już sztormem, ale na tutejszych akwenach określamy go jako "normalny". Tym bardziej że naprawdę świetnie się płynie, tak jak oboje lubimy. Wiatr jest od rufy, czyli nas pcha, na zarefowanych żaglach mkniemy 8-9 węzełków, w błyskawicznym tempie łykamy kolejne mile. Ponieważ co i rusz to pada, to świeci słońce, mamy spektakl tęczy. Mam wrażenie że dzisiaj zobaczyłam tyle tęczy, ile wcześniej w ciągu całego życia. Pojedyncze, podwójne, po całości albo urywane, wszystkie magicznie piękne!
Powyżej: Tęcza nad Przylądkiem Pankof na południowym-wschodzie Wyspy Unimak.
* * * * *
24 września, wieczorem W Otter Cove, wyspa Unimak Nasz przyjaciel – lis!
Ale fajne miejsce mamy dziś na nocleg. Przepiękna zatoczka otoczona potężnymi klifami, na które tak naprawdę od strony lądu łatwo się dostać po w miarę łagodnych zboczach. Z daleka zbocza wyglądają na porośnięte trawą, aż kuszącą by się po niej ześlizgnąć choćby na sankach, ale w rzeczywistości porastają je trudne do przebrnięcia krzaczory.
Mimo że to wedle nazwy Zatoka Wydr (wydr morskich zapewne), żadnej z nich nie widzieliśmy, natomiast na brzegu powitał nas lis! Śmieszny rudzielec z pokaźną kitą, z której zapewne niejedna pani chciałaby mieć kołnierz (swoją drogą - straszne…). Lisek wyraźnie był nami zainteresowany, do tego stopnia, że zamiast uciekać, nieśmiało podszedł na kilka metrów, a kiedy Borje na czworakach go podszedł, odległość wyniosła może z metr. Potem pojawił się drugi lisek, też mocno nami zaciekawiony. Podejrzewam że po raz pierwszy w życiu widzieli takie dwunogie osobniki, bo kiedy wybraliśmy się zdobywać jedno z okolicznych wzgórz, szły za nami obserwując co robimy.
Liski są tu chyba stałymi bywalcami, bo mają swoje ścieżki. Ale nie tylko one - widać też labirynty ścieżek nie wiem czy myszy, czy lemingów (takie sympatyczne gryzonie podobne do chomików, tylko z dłuższym ogonkiem). Zwierzaki zwierzakami, jednak nie mogę nie wspomnieć o fantastycznej jesiennej grze kolorów jaką tworzą tutejsze krzaki (drzew wciąż nie ma, ale są liściaste zarośla tak na wysokość mojego pasa). Cała paleta barw - różne odcienie zieleni, żółci, czerwieni i brązu. Jak nie pada to jesień naprawdę da się lubić!
24 września, 79. dzień wyprawy, w samo południe Na Pacyfiku, przy wyspie Unimak Pozycja na godz. 1150: 54 st. 31`N, 163 st. 45`W Wulkan na trawersie!
Mijamy wulkan Shishaldin (na zdjęciu obok). Ujrzałam go jak wychodziłam na poranną wachtę, kiedy był jeszcze półmrok, i nie za bardzo było jeszcze widać czy to góra czy chmury. Potem z każdą minutą robił się coraz wyraźniejszy. W sumie nie za bardzo pasuje do tutejszego otoczenia- cała wyspa to górki w sumie nie wysokie, szarawo-zielone, a tu nagle taka ogromna, biała czapa mająca postać idealnego, pokrytego lodowcem stożka, z niewielką chmurą z krateru na szczycie. Wulkan jest piękny – jeden z ładniejszych jakie w swoim podróżniczym życiu widziałam, a przy tym całkiem wielki – liczy ponad 3 tys. metrów (9372 stóp). Nieco zanim jest jeszcze inna góra z charakterystycznymi dwoma wierzchołkami – to Isanotski, nieco niższa (8025 stóp).
Teraz cały czas sterujemy ręcznie (dowód na zdjęciu obok). Autopilot wysiadł jeszcze na Morzu Beringa, samoster działa jak chce, ale teraz akurat nie chce. Mimo to nie ma powodów do narzekań. W sumie fajną wachtę miałam. Konieczność ręcznego sterowania sprawia, że więcej się zauważa, niż przy jeździe na samosterze. Wypatrzyłam między innymi wieloryby. Nie jednego, ale całe stado. Niestety trochę daleko, więc zdjęciowo kiepsko.
A tak w ogóle to siadło nam zasilanie 220 V. W środku nocy poczuliśmy zapach palonej instalacji, no i finał jest taki, że teraz ani ładowania baterii do aparatów, ani zasilania komputera. Oczywiście jak na złość wszystkie sprzęty jadą właśnie na końcówkach baterii. Dopiero teraz uprzytomniłam sobie, jak w obecnych czasach jesteśmy uzależnieni od prądu. Bez niego – jak bez ręki, albo jeszcze gorzej…
* * * * *
23 września, 78 . dzień wyprawy, o zachodzie słońca Pozycja na godz. 1830: 53 st. 56`N, 166 st.09`W Pacyfik-Pacyfik wita!

Obok: Klify przy wyjściu z Dutch Harbor. Samotna skała nazywana jest "Kapłanem", bo wygląda jak modlący się duchowny.
Uff! Trochę w stresie, ale udało nam się przejść Unalga Pass i od kilkunastu minut znajdujemy się już na południowej stronie łańcucha wysp aleuckich. Tym samym zostawiliśmy na dobre mające wyjątkowo złą reputację Morze Beringa, a wpłynęliśmy na właściwy Pacyfik, który jesienią też słynie ze sztormów, ale płynąc wzdłuż wybrzeża można przynajmniej liczyć na dające schronienie zatoczki. Tak naprawdę to Morze Beringa też jest Pacyfikiem, czy jak kto woli – Oceanem Spokojnym (z tym „spokojnym” to przynajmniej tutaj, mocna przesada), na amerykańskich mapach nazwa „Pacific Ocean” pojawia się jednak dopiero na południe od Aleutów.
Dlaczego przejście cieśniny Unalga było tak stresujące? Ogólnie najbardziej „pewną” i bezpieczną cieśniną do przecinania Aleutów, rekomendowaną jachtom, jest Unimak Pass, ale aby do niej dotrzeć musielibyśmy nadłożyć trochę drogi, w dodatku pod wiatr. Najbardziej nam pasująca logistycznie Unalga i sąsiednia Akutan Pass wymagają wstrzelenia się nie tylko w dobre warunki pogodowe, ale także w konkretne godziny pływów, jako że wiąże się z nimi rozfalowanie i mocny, zmieniający kierunek prąd, w niektórych sytuacjach sięgający nawet 9 węzłów. Krótko mówiąc walczyć z takim prądem jachty takie jak nasz nie mają szans, a jeśli by dodać do tego na przykład niekorzystny wiatr i mgłę, która jest tu dość częstym zjawiskiem, to ogólnie przysłowiowy kanał.
Obok: Wbity w skały wrak statku dowodzi, że nie wszystkim udaje się bezpiecznie przejść cieśninę.
Dzisiaj jednak warunki były idealne. Widoczność – rewelacja, wiatr od rufy, należało się jedynie postarać aby w cieśninie znaleźć się o godzinie 17-tej, bo wtedy miał być tzw. slack, czyli moment właściwie bez prądów. Tyle że na tę 17-tą nie zdążyliśmy, gdyż jak zwykle zdarzyło się ileś nieprzewidzianych problemów. Dłużej niż zakładaliśmy zajęło tankowanie paliwa, potem zobaczyliśmy stojącą przy jednym z nabrzeży „Issumę” (jacht kanadyjski, który też wrócił z Przejścia Północno-Zachodniego), a kiedy postawiliśmy grota – strzeliła talia (jedna z lin), więc była drobna naprawa, no i w rezultacie u wejścia do cieśniny byliśmy 45 minut po optymalnym czasie, zastanawiając się w którym momencie prąd zmienia kierunek z tego który nas pcha (czyli z północy na południe) na odwrotny, czyli dla nas przeciwny. Na szczęście nie było źle - prąd był, ale pchający nas, z prędkością 3 węzłów, czyli korzystnie. Tak czy owak jesteśmy już na Pacyfiku i na powitanie mamy piękny zachód słońca!
Kilka godzin później, po nocnej wachcie
Steruje Amos (nasz samoster), ale ze względu na towarzystwo statków i tak trzeba siedzieć na pokładzie. Właśnie skończyłam wachtę, ale mimo środka nocy zupełnie nie chce mi się spać. Zapomniałam wspomnieć, że rano, zanim wyszliśmy w morze, udało mi się jeszcze zajrzeć do znajdującego się w Dutch Harbour Muzeum Aleutów. Do najcenniejszych jego eksponatów należy pokazany na zdjęciu obok szkic portretu "Kobiety z Oonalashki" wykonany w 1778 roku przez Johna Webbera, artystę Trzeciej (i ostatniej) Wyprawy słynnego kapitana, James`a Cook`a. Cook niedługo później zmarł (na Hawajach), ale i tak w swoim 51-letnim życiu zdążył odkryć mnóstwo nowych na mapie świata lądów. A że nie było w tamtych czasach fotografii, jedną z form dokumentacji były obrazy artystów takich jak wspomniany Webber.
Z innych eksponatów zaskoczył mnie m.in. ekwipunek żołnierzy amerykańskich broniących w czasie II wojny światowej Dutch Harbour. W "torbie przetrwania" każdy z nich miał m.in... butelkę z Coca-Colą!
* * * * *
22 września, 77. dzień wyprawy W Dutch Harbor (Aleuty) Bunkier, cerkiew i spotkanie przy zupie rybnej
Dutch Harbor to miejsce słynne w historii II wojny światowej, jako zbombardowana przez Japończyków amerykańska baza wojskowa (nie mylić z Pearl Harbor na Hawajach). Pozostałością po amerykańskich umocnieniach są liczne w okolicy forty i bunkry. Dzisiaj postanowiliśmy jedno z takich miejsc zobaczyć, wdrapaliśmy się więc na tak zwany Bunker Hill. Bunkier na szczycie owszem jest, w pobliżu – pozostałości po dwóch potężnych działach, do tego trochę zamaskowanych ziemianek, ale przy tym wszystkim – wzgórze to chyba najlepszy widok na miasto i port.
Obok: Pozostałości z czasów II wojny światowej na jednym ze wzgórz ponad Dutch Harbor.
Ze wzgórza zeszliśmy drogą prowadzącą przez krzaki malin. Dziwne jednak te tutejsze maliny - zupełnie bez smaku. No i trafiliśmy na prawdziwe drzewa - kilkumetrowe choinki! Pomijając roślinność wokół gorących źródeł w okolicach Nome, to pierwsze drzewa jakie pojawiły się od startu naszej wyprawy u ujściu Mackenzie, czyli dobre 2 miesiące temu!
Kolejnym etapem naszej wycieczki było przejście mostem do części miasta zwanej Unalaska. Stosowne znaki informowały, że to droga ewakuacji na wypadek tsunami. Na aktywnych sejsmicznie Aleutach tsunami to dość częsta sprawa - mieszkańcy są jednak odpowiednio wcześniej ostrzegani, aby mieli czas schronić się na wzgórzach. Średnia to jednak przyjemność być wyrwanym ze snu w środku nocy i przy tutejszej kapryśnej pogodzie być zmuszonym do natychmiastowej ewakuacji.
Z ciekawych miejsc poszliśmy zobaczyć tutejszą cerkiew, wybudowaną jeszcze w XIX wieku, chlubiącym się najstarszym w Ameryce ikonostasem (nie widzieliśmy go jednak, bo cerkiew jest otwierana tylko na nabożeństwa). Obok stoi dom wybudowany dla biskupa, który nie dotarł, bo w czasie morskiej podróży do Dutch Harbor... wypadł za burtę. Najciekawsze okazało się jednak dojście do cerkwi, przez niewielki mostek, nad rzeką którą akurat "szła ryba". Chodzi o łososie przemieszczające się w górę rzeki na tarło, po którym zresztą kończą żywot. Czegoś takiego w życiu nie widziałam! Łososi tych były setki! Takie ilości, że dosłownie w rzece się nie mieściły!
Obok: Te ciemne plamy to wędrujące na tarło łososie.
Ostatecznie wylądowaliśmy w... miejscowej bibliotece. To co podoba mi się w Stanach i w Kanadzie, to właśnie biblioteki. To że jest w nich darmowy internet, to jedno, ale równie ważne, przynajmniej dla mnie, są książki które za kaucją albo wręcz tylko ustną obietnicą oddania, można wziąć do przejrzenia na jacht. Korzystam z tego nałogowo jeśli chodzi o wydawnictwa z informacjami o miejscach w których jesteśmy, czy lokalnymi legendami. Okazuje się że mieszkańcy Aleutów, którzy sami siebie nazywają Unangan, też mają sporo ciekawych opowieści - ich tłumaczenia znajdą się w książce o rejsie, która za jakiś czas powstanie.
zaprosiliśmy na "Annę" załogę "Muktuka". Börje postanowił ugotować zupę rybną - udała się doskonale, ale nie mogło być inaczej, bo podstawowym jej składnikiem był świeży halibut. Dostaliśmy od Teda, mieszkającego na zacumowanej obok barce rybaka. Ted nie dość że udostępnił nam kran do zatankowania wody i pozwolił na skorzystanie ze swojej pralki i suszarki (dla żeglarzy to naprawdę bezcenna pomoc), to jeszcze obdarował rybą. Ponoć w tym roku połowy halibutów są szczególnie opłacalne - za funt tej ryby (453 gramy) dostaje się w skupie 7-8 dolarów (cena od zeszłego roku skoczyła prawie dwukrotnie), podczas gdy np. dorsz jest wyceniony na zaledwie 40 centów za funt! Ted pokazywał nam na zdjęciu swoją największą zdobycz. Nie wiem ile te jego trofeum ważyło, ale widziałam mniej więcej podobne zdjęcie z innym halibutem, który uznano za dotychczasowy rekord świata. Tamten ważył 459 funtów (208 kg) i był 31 letnią samicą, a złowiono go na Aleutach w 1996 roku.
Z prawej: rekordowy halibut Teda.
* * * * *
21 września, 76. dzień wyprawy wieczorem Dutch Harbour (Aleuty) Kraby i portowe rozrywki
Dutch Harbour słynie z połowów krabów, które są tutaj największym biznesem, a które (i połowy, i kraby) rozsławiła dodatkowo seria emitowanych na kanale Discovery filmów: „The Deadliest Catch”. Kuter, na którym kręcone były dotychczasowe odcinki stał zresztą tuż obok nas – nazywa się „Northerwestern” (na zdjęciu obok). Z załogą nie rozmawiałam, choć może nie mam co żałować, bo jak twierdzą wszyscy wokoło, chłopcy czując odrobinę sławy, zadzierają mocno nosa.
Sezon na połowy krabów rozpoczyna się 15 października, więc już teraz wszyscy się do niego przygotowują. Dowodem na to stosy wielkich klatek do których wrzuca się przynęty zwabiające łakome krabiska do takiego więzienia. Najbardziej cenione są tak zwane king crabs (kraby królewskie), największe, z ogromnymi odnóżami.
Uznaliśmy wraz z Börje, że skoro już znaleźliśmy się w Dutch Harbour, wypada spróbować słynnych krabów, tym bardziej że jak nam powiedział Wolf, kapitan stojącego w porcie kolejnego, tym razem niemieckiego jachtu „Santa Maria Australis”, trafiliśmy akurat na odbywający się tylko raz w tygodniu słynny tutejszy bufet owoców morza. Bufet nie powiem, słono kosztuje, bo oferuje go restauracja najlepszego w mieście hotelu, ale cóż, raz się żyje… Przy okazji wyszło jak niededukowana jestem w kwestii jedzenia krabów – w sumie do tej pory mój kontakt z tym zwierzęciem ograniczał się do wygrzebanych z puszki paluszków krabowych. Pierwsza próba wbicia specjalnego nożyka do rozcinania twardego pancerza skończyła się ochlapaniem pana przy sąsiednim stoliku fontanną wydzieliny (sosu?) zalegającej we wnętrzu szczypiec do których z uporem chciałam się dostać. Ups! Pan się spojrzał, ja zdobyłam się na uśmiech numer sześć, ale potem sytuacja się powtórzyła i ostatecznie pan zmienił stolik. Przy piątej krabowej nodze nabrałam już wprawy, a ostatecznie stwierdziłam, że chyba kraby lubię. Oczywiście te w tutejszej wersji nijak się mają do smaku tych, które znałam do tej pory.
Poza krabami w ramach specjałów szefa kuchni był też marynowany halibut, różne odmiany sushi, przyrządzony na surowo tuńczyk, dorsz z dodatkiem marakuji i inne potrawy, po których byłam już tak obżarta, że nawet na deser nie miałam ochoty (w moim przypadku to naprawdę dziwne).
Mile rozpoczęty wieczór kontynuowaliśmy w pubie, ale już nie hotelowym, tylko takim o którym wiedzieliśmy że jest ulubionym wśród rybaków (Sport Bar). Rzeczywiście, mimo późnej pory (około północy) tłum był całkiem spory, Klientela to głównie rybacy – często tacy z charakterystycznymi brodami, na kilometr widać, że zaprawieni w bojach ludzie morza. Oczywiście po pięciu minutach mieliśmy już koło siebie rozmówców, którzy nijak nie mogli pojąć, co robimy o tej porze na Morzu Beringa, skoro nie łowimy ryb i nikt nam za to nie płaci. :-)
* * * * *
20 września, 75. dzień wyprawy W Dutch Harbor (Aleuty) Już w porcie!
Hurra! Dopłynęliśmy! Stoimy w sąsiedztwie rybackich kutrów, szczęśliwi, że nie musimy już walczyć z morzem, wiatrem i jesteśmy bezpieczni. Teraz doprowadzamy do porządku jacht i siebie – po tygodniu non-stop na morzu, w ciężkich warunkach, nie jest to takie łatwe.
Obok: Nasze sąsiedztwo w Dutch Harbor czyli łodzie rybackie.
Wieczorem…
Właśnie wróciliśmy z sympatycznej kolacji na stojącym nieopodal „Muktuku” (poznany w Nome jacht austriacki). Alessandra przygotowała lazanię, Karl wyciągnął zapasy hiszpańskiego wina, no i tak to mile minął wieczór. „Muktuk” dopłynął do Dutch Harbor 3 dni wcześniej – zdążyli umknąć przed sztormem.
W międzyczasie wreszcie rozszyfrowałam jak to jest z tutejszymi nazwami. Większość osób o tutejszym porcie (na zdjęciu obok) mówi „Dutch Harbor”, podczas gdy na mapach czy w oficjalnych broszurach jest to „Unalaska”. W uproszczeniu przyjmuje się, że znajdująca się na wyspie część portowa to właśnie Dutch Harbor, podczas gdy osiedle gdzie mieszkają „normalni” ludzie, może niezupełnie na lądzie stałym, ale na połączonej mostem wyspie głównej, to Unalaska. Historycznie rzecz biorąc rodowici Unangan (ludzie żyjący na Aleutach) nazywali od dawien dawna swoje osiedle Iliuliuk, zaś wyspę – Agunalaksh, co znaczyło „blisko stałego lądu, kontynentu”. Kiedy w XVIII wieku pojawili się tu rosyjscy handlarze futrami zarówno w stosunku do wyspy, jak i wioski zaczęli stosować nazwę Ounalshka. Potem, po kupieniu Alaski przez Amerykanów, nastąpiło oficjalne uproszczenie pisowni – od tej pory jest już Unalaska. A skąd Dutch Harbor czyli „Port Holendrów”? A bo na początku XVIII wieku w zatoce zakotwiczył holenderski statek. Później nazwę tę zaczęto stosować powszechnie w stosunku do powstałej tu w latach II wojny światowej amerykańskiej bazy wojskowej. I jeszcze jedno - znawcy angielskiego niech mnie nie poprawiają, że piszę "harbor" a nie "harboUr" (z "u" w środku). Poprawna jest właśnie nazwa Dutch Harbor, bez "U".
* * * * * *
20 września, rano. Na podejściu do Dutch Harbour Ładnie tu!
Aleuty urzekły mnie od pierwszego momentu. Ich górzyste brzegi, które zobaczyłam jak tylko zrobiło się widno, są naprawdę niesamowite! Wielkie, z imponującymi klifami i porosłymi zieloną trawą zboczami, choć w dali są też ośnieżone, bardziej ostre szczyty. Morze do końca nam nie odpuszcza – w dali mamy góry lądowe, w najbliższym otoczeniu – góry wody. Wiatr 35 węzłów, czyli tylko nieznacznie słabszy, wciąż sztormowy. Ale co tam – teraz żyjemy już tylko wizją tego, że za godzinę, dwie, będziemy w porcie!
20 września, w nocy Morze Beringa Wiatr 40 węzłów!
Wiatr osiągnął siłę 40 węzłów – to wciąż mniej niż w sztormie na Czukotce, więc uznaliśmy że ok, sztorm sztormem, ale wachtujemy w pojedynkę, aby druga osoba miała możliwość odpoczynku. Trudno to nazwać rzeczywiście pospaniem, bo przechyły i uderzenia fal co i rusz powodują pobudkę, ale lepsze to niż nic. Pod pokładem – pieprznik totalny, ale byle do portu, a tam wszystko posprzątamy. Jestem wściekła, bo przyrządziła sobie pyszny liofilzat: kurczak w curry, ale niestety nie utrzymałam go w swoim żołądku, wrócił lądując za burtą. Jedyne co mi się przyjmuje to słone krakersy popijane mineralką otrzymaną od rosyjskich pograniczników (ciągle mamy zapasy prowiantu, jaki nam dali – jedyny plus całej tamtejszej akcji). Co do choroby morskiej to Börje dla odmiany walczył o strawienie swojej ulubionej zupki chińskiej, ale też poległ… Cóż, ludzka rzecz. Większość żeglarzy zgrywających wielkich wilków morskich i zapewniających w barowych opowieściach że nie chorują, tak naprawdę miewają tego typu problemy, tylko się do nich nie przyznają. Tymczasem nawet Chichester, jeden z największych kapitanów w historii żeglarstwa, przy opływaniu Hornu miał tego typu przypadłości. Krążący nad nim helikopter z filmowcami miał ponoć niezły orzech do zgryzienia, jak pokazać słynnego żeglarza tak by nie umniejszyć jego chwały prozaicznymi scenkami :-).
* * * * *
19 września, 74. dzień wyprawy, o trzeciej w nocy sam środek południowej części Morza Beringa pozycja na godz. 0230: 57 st. 12`N, 169 st. 38`W Sztormowy koncert
Szczerze mówiąc to liczyliśmy że może jakoś ominiemy ten niż i zarazem sztorm. Wczoraj wieczorem, wyjątkowo niecierpliwie czekaliśmy na prognozę pogody, jaką wieczorami przesyła nam Wojtek. Kiedy nadeszła czytaliśmy z biciem serca, w duchu licząc, że przeczytamy że sztorm się „rozmył”. Ale nie – z smsu wynikało że główne uderzenie przyjdzie w nocy, że jest oficjalne ostrzeżenie o sztormie i że do środy-czwartku wciąż będzie wiało 35 węzłów, z falą o wysokości 5 metrów.
Obok: Borje na sztormowej wachcie.
Płyniemy 6-7 knotów, pod samymi żaglami (z czego grot zarefowany, fok na wpół zwinięty). Kurs – dokładnie na południe, co potwierdza świecący za rufą gwiazdozbiór Wielkiego Wozu (w niektórych krajach zwany „Wielkim Rondlem”) i Gwiazda Polarna.
Przesiedziałam na pokładzie bitą godzinę, nic nie robiąc, jedynie obserwując morze. I - słuchając… Wiatr świszcze, gwiżdże i wyje, morze bulgocze, wręcz kipi i ryczy, a jacht mu wtóruje najrozmaitszymi dźwiękami – jękami, stukaniem, łoskotem, świstami, a nawet świergotem. Całość tworzy istną orkiestrę wygrywającą sztormową symfonię. Brzmi groźnie, ale coś w tym jest. Podobnie wypiętrzające się z wody ciemne góry wody wyglądają złowieszczo, a zarazem hipnotyzująco pięknie. Przesuwają się z gracją, srebrząc się w blasku jasno świecącej połówki księżyca, tutaj zawieszonej inaczej niż u nas. Fale są wielkie, dodatkowo ozdobione białymi grzebieniami. Wiele z nich wygląda naprawdę strasznie, ale gdy tylko dojdą do jachtu biorą go na siebie z elegancją przesuwając. Czasem jednak pojawia się jakaś odosobniona góra wody, większa od innych, z furią waląca w nasz kadłub i wtedy raptownie się przechylamy, nasz bom zanurza się w wodzie, a na pokład wchodzi nawałnica wody. Właśnie kilka minut temu jedna z takich fal znowu w nas walnęła – zdążyłam wskoczyć pod osłoniętą owiewką nadbudówkę. Myślałam że zmiecie nasz daszek, ale przewaliła się tylko przez cały jacht i wróciła do oceanu.
Trzeba przyznać że „Anna” radzi sobie z krótką, mającą złą sławę falą Morza Beringa nad wyraz dobrze. To naprawdę mocny jacht – specjalna konstrukcja płatów stali sprawia, że kadłub jest naprawdę bardzo mocny, a dzięki nie dużej wielkości, zachowuje się na wodzie jak korek od butelki, sprawnie wspinając się na szczyty tych fal i zgrabnie z nich zjeżdżając. Do tego to wyjątkowo suchy jacht – nie ma żadnych przecieków, a odkąd w Nome Börje kupił nowy akumulator, nie mamy już problemów z ładowaniem. Jedyne co nas zawiodło – od dzisiaj, to webasto, czyli ogrzewanie. Podczas jazdy na silniku nie ma problemu, ciepło idzie od silnika, no ale przy tym wiatrzysku jaki mamy, idziemy na samych żaglach. Na szczęście w przeciwieństwie do sztormu na Czukotce, tu jest jednak dużo cieplej.
Trochę zaskoczyło mnie towarzystwo ptaków. Nawet w nocy! Że też im się chce latać na takich dystansach - do najbliższego lądu dzieli nas jakieś 150 mil (280 km). Większość z nich to mewy, ale są też i takie inne, czarne, od mew nieco mniejsze. Pewnie ściągają ich tu ryby – podobnie jak i na Morzu Czukockim przed Wyspą Wrangla także i tu musi być ich tu szczególnie dużo, skoro nawet nasza echosonda pokazuje ich ławice (gdzie indziej tego nie robi).
A tymczasem koniec pisania bo pojawiły się światła statków. Trzech! Trzeba uważać, bo jesteśmy na terenach łowisk. Dziwne – Börje na swoich wachtach nie spotyka statków, wszystkie „uatrakcyjniają” moje wachty. :-)
Rano Morze Beringa, Pozycja na godz. 0840: 56 st. 21`N, 166 st. 24`W Sztormowy poranek
Jeśli ktoś mi powie że mam super wakacje, to wezmę go za niespełna rozumu. To naprawdę nienormalne, że po co najwyżej 3,5 godzinach snu (choć rzadko wychodzi aż tyle) wstawać często w środku nocy, walcząc z przeciążeniami wynikającymi z przechyłów na fali zakładać przesiąkniętę solą morską ciuchy i wychodzić na wachtę na pokład na którym dmucha i buja do potęgi, nie mówiąc o mgle, deszczu i fali, która może nas zmoczyć od stóp do głów.
Ale tak naprawdę to albo nie jest wcale tak źle, jak miało być, albo się przyzwyczailiśmy do sztormowych warunków. Przestaliśmy już myśleć, że jesteśmy na jednym z najbardziej niebezpiecznych mórz świata. W każdym razie lęk przeistoczył się w uczucie normalności – jest jak jest, a jak dobrze pójdzie i GPS nie kłamie, to jutro przed południem mamy szansę być w porcie. Póki co idę zrobić sobie „gorący kubek”. Dziś mnie naszło na polski, czerwony barszczyk którego przywiozłam z Polski liczne zasoby, a Börje akurat za tą zupą nie przepada.
Na pokładzie kakofonia dźwięków, a pod pokładem spokój i cisza. Choć z tą ciszą to nie do końca, bo przerywa ją tłuczenie się najrozmaitszych sprzętów, no i uderzenia fal. Do większości takich hałasów można się przyzwyczaić, ale od czasu do czasu nagle pojawiają się nowe, które po prostu wkurzają. Tak było z szafką, w której Börje trzyma różne techniczne szpargały, a której zamek raczył się zepsuć wczorajszej nocy. Początkowo próbowałam go naprawić, ale bez sukcesu, potem po prostu trzymałam drzwi szafki, ale w końcu uznałam, że przez głupie drzwiczki nie będę siedzieć na wachcie pod pokładem, bo wypatrywanie statków by się z nimi nie zderzyć, jest od drzwiczek jednak ważniejsze. W końcu obudził się Börje, nieco zły że nie umiem zamknąć zwykłej szafki, ale okazało się że on też nie umie. Ostatecznie szafkę zakleiliśmy taśmą klejącą. Ciekawe co zacznie się tłuc w następnej kolejności?
Około 18-tej Zaczyna się walka
Morze dopiero teraz na dobre się rozkręca i pokazuje swoją moc. Płyniemy pełnym baksztagiem 7-8 węzłów ścigając się z teraz już naprawdę wielkimi falami. Zanosi się na naprawdę ciężką noc. Na dodatek rzucająca nami na wszystkie strony fala, sprawiająca wrażenie, jakbyśmy byli w jakimś morskim roller-coasterze odebrała nam apetyt do jedzenia, a wręcz lekkie stadium choroby morskiej. Oczywiście nie najlepsze samopoczucie nie ma wpływu na nasze funkcjonowanie – wachty pełnimy normalnie. Cóż, sztormowe warunki nie pozwalają na roztkliwianie się nad samym sobą, a zresztą jednym z najlepszych lekarstw na chorobę morską jest czymś się zająć.
* * * * *
18 września, 73. dzień wyprawy, w nocy południowa część Morza Beringa Ostrzeżenie przed sztormem
Po nieudanej próbie „zdobycia” wyspy, która przywitała nas mielizną, dla wyleczenia kaca rozczarowania postanowiliśmy zahaczyć o Pribilof Island, a dokładniej należącą do nich Wyspę św. Pawła (obok jest jeszcze Wyspa św. Jerzego). To takie malutkie wysepki pośrodku Mora Beringa ciekawe ze względu na swoich mieszkańców (czystej krwi Aleuci, już inna grupa niż Eskimosi) i największą w świecie populację fok. Niestety, jakieś fatum nad nami wisi. Ledwie wyznaczyliśmy waypointy i kurs, a tu przyszedł sms z prognozą od Wojtka. Przyznaję: trochę nas zmroziło: ostrzeżenie przed sztormem, wiatr 35 węzłów, fale 5 metrów (15 stóp), co na tutejszym akwenie nie wygląda dobrze. Na dodatek nie ma nawet gdzie uciec, bo gdzie by nie zwiewać, i tak nas sztormisko dopadnie, a wioska na północy wyspy odpada, bo raz że jest wystawiona na wiatr, dwa – może okazać się że długo się z niej nie wydostaniemy i moje bilety do Europy diabli wezmą. W pierwszej chwili Börje postanowił płynąć na wschód gdzie ma znajomego myśliwego, ale tam też sytuacja pogodowa nie wygląda wcale lepiej. Ostatecznie stanęło na wersji środka, czyli ani na wschód, ani na Wyspę św.Pawła. Aktualnym celem stało się Dutch Harbour na Aleutach. Kawał drogi (jakieś 300 mil), przez sam środek morza mającego wyjątkowo złą sławę, ale nie ma wyboru…
Powyżej: Nasza jachtowa maskotka, owieczka Hanna, za pośrednictwem spota (to pomarańczowe urządzonko) wysyła pozycję na stronę internetową wyprawy.
W tej sytuacji wzięłam się za czytanie Locji Admiralicji Brytyjskiej, a dokładniej opisu podejścia do Dutch Harbour. I co czytam? Miejsce występowania anomalii magnetycznych… Ok, mało istotne. Występują „overfalls”… - do cholery, co to znaczy „overfalls”? Borje też nie wie… Napisali że „są niebezpieczne, nawet jeśli nie ma wiatru lub fali” i że „sterowanie jest bardzo trudne”. Potem przyszła kolej na prądy wywołane pływami: przy przypływie 6 węzłów, przy odpływie ponad 5, ale czasem zdarzają się i po 9 węzłów! To jednak w cieśninie, której nie będziemy teraz zaliczać, tyle że piszą, że daje się to odczuć nawet 20 mil od brzegu! Punkt „widoczność” – ostrzegają że statystycznie najgorsza na całej Alasce… Nic pocieszającego… Naprawdę słabo zrobiło mi się jak doszłam do „Dutch Harbour jest miejscem porywistych „williwawas” [chodzi o rodzaj wiatru] osiągających prędkość 150 węzłów”. Sto pięćdziesiąt węzłów? Sprawdziłam kilka razy czy mi się nie przewidziało.! I to węzłów, nie kilometrów, czyli 280 km na godzinę! O Boże, mam nadzieję, że nie będą wiały jak my tam będziemy.
Kilka godzin później, o poranku Pozycja na godz. 0850: 58 st. 34`N, 166 st. 12`W Czarne chmury
Niby ładny poranek, ale jest w nim coś złowieszczego. Po lewej burcie mam piękny wschód słońca – tak piękny że aż groźny. Po części czarne już niebo przeszywa czerwona błyskawica, bo to taki krwisty wschód przebijający się przez ciemne, kłębiaste chmury które nic dobrego nie wróżą. Tymczasem według GPSa do Dutch Harbor mamy jeszcze 51 godzin płynięcia – dwie doby z hakiem. Czuję że może być naprawdę ciężko. Nie powiem – trochę się boję. Niby to już końcówka, luzik, a tymczasem taka niemiła niespodzianka. Póki co, mając na uwadze doświadczenia z Czukotki (tamtejszy sztorm) staramy się maksymalnie przygotować jacht do sztormowania. Przed chwilą obeszłam pokład aby sprawdzić czy nie ma jakiś źle sklarowanych lin, które mogłyby wypaść za burtę i wkręcić się nam w śrubę. Börje profilaktycznie wymienił filtr w silniku, bo po walce na mieliźnie mógłby zawieść w najbardziej potrzebnym momencie. Zaraz zabiorę się za klarowanie kambuza i mesy, bo nic tak nie wkurza jak rozmaite rzeczy wypadające z przeróżnych półek i szafek. Mam nadzieję że może nie będzie wcale tak źle jak podsuwa mi wyobraźnia (cóż, Morze Beringa ma bardzo złą sławę), ale jak się to mówi, „strzeżonego Pan Bóg strzeże”.
A tak w ogóle, to na „dobry początek” wysiadł autopilot. Kaput kompletne. Coś tam nawaliło z elektroniką. Teraz nadzieja jeszcze tylko w Amosie (samoster) , a jak nie, bo z nim też jest róznie, trzeba będzie sterować ręcznie. Ostatniej nocy tak właśnie było, bo nic nie wiało (cisza przed burzą?) więc Amos uznał że należy mu się wolne… Börje narzekał że wynudził się przy tym sterowaniu jak mops, ja na szczęście mam swoje audiobooki. Jestem na etapie słuchania „Diabeł ubiera się u Prady”. W samolocie oglądałam film, więc teraz mogę porównać jak ta bardzo życiowa komedia wygląda w oryginalnej, książkowej wersji. Dobra odskocznia od myślenia o sztomie. :-)
Powyżej: Co tam widać na horyzoncie?
Po południu…
Zaczęło się. Barometr spada, wiatr się wzmaga (zarefowaliśmy grota), fala też całkiem, całkiem, z białymi grzywami. Ale póki co nie jest źle. Po prostu – oby gorzej nie było…
* * * * *
17 września, 72. dzień wyprawy, przed południem Koło wschodnich wybrzeży wyspy Nunivak Pozycja na godz. 1120: 59 st. 57`N, 165 st. 31`W Fruwający gość
Wczoraj, jeszcze zanim zapadł zmrok, mieliśmy gościa. Pojawił się maleńki ptaszek, na tyle zmęczony lotem (może był wcześniej, ale go nie widzieliśmy?), że wfrunął do środka jachtu i usiadł sobie na wiszącej pośrodku mesy lampie naftowej. Oczywiście został nakarmiony okruszkami amerykańskiego chleba, a jak już podjadł, to zabrał się i poleciał w siną, a raczej mroczną już dal.
Obok: Nasz mały, latający gość.
Trochę siadły nam nastroje. Taki kryzys, którego doświadczają wszystkie załogi dłuższych rejsów. Wcale nie łatwo spędzić tyle tygodni na małej łódce. Na dodatek nikt chyba nie lubi jak mu nie wychodzi to, co sobie zaplanował. Teraz na przykład mieliśmy wejść do miejscowości Mekoryuk na północnym brzegu wyspy Nunivak, której brzegi mamy aktualnie po prawej burcie (Mekoryuk to jedyne zamieszkałe miejsce na wyspie), ale choć byliśmy już dosłownie tuż obok, musieliśmy zrezygnować z pomysłu. Powód? Dostaliśmy od Wojtka prognozy pogody i układ wiatrów uświadomił nas że z tym porcikiem to dość ryzykowny pomysł, bo potem silny, północny wiatr może nas w nim za bardzo przetrzymać i spóźnię się na samolot. Drugi problem stanowiło to, że byliśmy przy wiosce (widzieliśmy już nawet jej światła) około pierwszej w nocy, po ciemku woleliśmy nie ryzykować wejścia (mapy które mamy nie pokazują w tym miejscu głębokości), a czekając do 8-mej rano kiedy dopiero robi się widno, stracilibyśmy mnóstwo czasu. Finał był taki, że z żalem, ale zmieniliśmy kurs i płyniemy dalej na południe. Żałuję o tyle, że ta wioska to miejsce zamieszkałe przez Eskimosów (w sumie jakieś 200 osób) zajmujących się głównie hodowlą reniferów, więc byłaby szansa na ciekawe informacje.
Na zdjęciu powyżej, po prawej: Fok i grot - dwa żagle, dwa trójkąty.
Na domiar złego jeszcze ta pogoda – mgła, że bez radaru ani rusz (widoczność może na 50 metrów) i wkurzająca mżawka. Aktualnie steruje Amos (samoster), ale w nocy musiałam spędzić przy nim dwie godziny aby należycie go ustawić, a jeszcze wcześniej i tak sterowałam ręcznie. Wygląda na to że „Anna” wcale nie chce płynąć na południe :-).
Wieczorem Pozycja na 1920: 59 st. 39`N, 165 st. 48`W Mielizna z adrenaliną
Mieliśmy trochę mocnych wrażeń! Ponieważ nie stanęliśmy na północy wyspy Nunivak, a Börje doszedł do wniosku, że mimo wszystko czas trochę odpocząć i się wyspać (podejrzewam że jeszcze w międzyczasie chciał połowić ryby, ale o tym już nie mówił, bo wie, że w tej dziedzinie nie podzielam jego entuzjazmu), był więc plan aby wejść do ładnie na mapie wyglądającej zatoczki na południowym wybrzeżu wyspy. Problem w tym, że w tym miejscu mapy również nie podają głębokości. Niestety, choć zakładaliśmy że może być płytko, nie przypuszczaliśmy że aż tak! Poza tym dopiero później okazało się, że poza płyciznami są też wystające spod wody głazy. Wprawdzie po spływie Mackenzie doświadczenie we wchodzeniu i schodzeniu z mielizn mamy, ale tym razem sprawa wyglądała dużo poważniej niż na wymienionej kanadyjskiej rzece.
Tak czy owak stało się! Poczuliśmy głuche tąpnięcie, jacht się przechylił i wiedzieliśmy że „siedzimy”. Tyle że tym razem mielizna była naprawdę poważna. Walczyliśmy o każdy centymetr, bo siedzieliśmy kilem w piaszczystym dnie bardzo solidnie, a fala i prąd spychały nas na kamienie i coraz bliższe, spienione fale przyboju. W końcu Börje odczepił bom foka i postanowił się przy jego pomocy odepchnąć. Nagle… To był moment, a ja myślałam że dostanę ataku serca! No więc nagle zobaczyłam Börje za burtą, zwisającego na rękach na dziobowym relingu! Okazało się że ratował bom, który wypadł mu z rąk! Oczywiście zaraz przy nim byłam. Dawno nie byłam tak przestraszona, a zarazem szczęśliwa kiedy Börje znowu stanął na pokładzie.
Obok: Borje odpychający się bomem od mielizny. Za kilka sekund wyląduje za burtą.
Walka z mielizna trwała z półtorej godziny. Trochę liczyliśmy na przypływu który właśnie się rozpoczął, choć równocześnie powodował też niekorzystny dla nas prąd i znoszenie nas na skały. W końcu kiedy już niemal straciliśmy nadzieję, że się z tego feralnego miejsca wydostaniemy, nagle nasza echosonda zamiast piskliwego alarmu informującego że mamy głębokość 0.0, pokazała najpierw 1,5 m, potem1,6, 1,7 i coraz więcej. Uff! Z ulgą odetchnęliśmy, ale do kolejnej zatoczki już wchodzić nie chcieliśmy.
* * * * *
16 września, 71. dzień wyprawy, na wachcie w środku nocy Morze Beringa Pozycja na godz. 0120: 62 st. 06`N, 166 st. 08`W Eskimoskie legendy
Znowu pomaga nam samoster. Całkiem dobrze sobie radzi, dzięki czemu mogłam wynieść na pokład swojego ACERka (laptop) i uzupełniać bloga. Fajne takie pisanie mając nad sobą Gwiazdę Polarną i jasną kulę księżyca, Wielka szkoda tylko, że nie udało nam się w tym roku zobaczyć zorzy polarnej. Rok temu kolorowe smugi na niebie pojawiały się dość często, ale widocznie teraz nie ma na Słońcu żadnych magnetycznych burz (bo to one wywołują zorze). Teraz jesteśmy już raczej za nisko (mam na myśli szerokość geograficzną), choć w czasie rejsu na „Solanusie” widziałam zorzę jeszcze na dopływaniu do Nome. Z efektów świetlnych mamy tylko fosforyzujący plankton wokół prującego wodę kadłuba, ale to akurat żadna rewelacja, bo coś takiego można zauważyć w najprzeróżniejszych morzach, także tropikalnych.
Na zdjęciu obok: "Anna" prująca fale Morza Beringa.
Skoro się nic nie dzieje, to potłumaczyłam sobie eskimoskie opowieści, takie jakie miejscowe matki opowiadają dzieciom przed snem. Oto w miarę dokładny ich przekład, pokazujący eskimoską mentalność:
Opowieść o starej Kigtak
Pewnej bardzo ciężkiej zimy, kiedy wszystkim dokuczał głód, mieszkańcy wioski postanowili przenieść się w nowe miejsce, gdzie było więcej zwierzyny, na którą można było polować. Arfek, Eskimos mający na utrzymaniu rodzinę wiedział, co to oznacza: musiał zostawić swoją starą teściową o imieniu Kigtak. Zostawił ją na dryfującej krze, wiedząc że dla starej, na pół ślepej kobiety, nie mającej nawet wystarczająco ciepłych ubrań, oznacza to nieuchronną śmierć.
Już z daleka Arfek widział jak stara Kigtak, wpada do wody, próbuje płynąć, rozpaczliwie jeszcze chcąc uratować swoje życie, wiedział jednak że nie ma wyboru. Nie mógł jej zabrać na swoim zaprzęgu, bo miał tylko dwa psy i nawet on i jego żona nie mogli jechać, bo musieli pchać sanie. Nie mogli też do starej Kigtak wrócić z nowego obozu, bowiem było to za daleko, a jeśli chcieli upolować wynurzające się spod lodu foki, musieli być przy zrobionych przeręblach wcześnie rano. Arfek wiedział, że nie może pozwolić aby jego żona i dzieci umarły z głodu – to o nich musiał myśleć w pierwszej kolejności, a stara Kigtak i tak już była na progu śmierci.
Nikt z nas nie może życzyć śmierci ani niczego złego starym ludziom, ponieważ my sami kiedyś będziemy starzy. Mamy taki zwyczaj [„my”, czyli Eskimosi, bo to ich opowieść], ,że starzy ludzie którzy nie mogą już więcej pracować, powinni sami pomóc śmierci, aby ich zabrała. Stara Kigtak wiedziała o tym, zostawiona sama sobie na lodzie. Wiedziała że jest już bezużyteczna i że nie może więcej pracować, dlaczego więc miała uzależniać od siebie swoje dzieci?
Nie chodzi o to, że mamy złe i twarde serca, ale o to że warunki życia tutaj [na Północy] są bardzo ciężkie . Dlatego aby przetrwać pośród lodów i śniegu czasami musimy pozbyć się żalu i litości.
Smutna opowieść, skłaniająca do refleksji… A swoją drogą, to teraz już rozumiem co u Eskimosów oznacza „zostawić kogoś na lodzie”, tutaj w pojęciu baaardzo dosłownym… No a teraz jeszcze bajka, może nieco koszmarna bo ze szczęśliwym zakończeniem:
Po lewej: W obecnych czasach eskimoskie maluchy tak naprawdę wolą bajki Disneya od tradycyjnych bajek swoich babć.
Opowieść o niedźwiedziu co ludzi połykał
Dawno, dawno temu żył Wielki Niedźwiedź, który polował na ludzi, a potem się nimi żywił. Niedźwiedź był tak wieki, że bez problemu mógł przełknąć człowieka w całości. Jeśli więc ludzie w międzyczasie nie umarli ze strachu, umierali w jego wnętrzu.
Nie było przed bestią ratunku. Niedźwiedź atakował w biegu, a jeśli nawet udało się komuś schronić w jamie, przez której otwór zwierz nie mógł się prześlizgnąć, wygrzebywał nieszczęśnika patykiem, niczym wykałaczką.
Nikt nie wiedział jak bestii zaradzić, aż pojawił się dzielny Angatok, który pozwolił aby niedźwiedź go połknął. Kiedy tylko prześlizgnął się w dół przez jego gardło i wpadł do ogromnego żołądka, Angatok wyciągnął swój nóż i przeciął nim od wnętrza żołądek zwierzęcia, tym samym zabijając wielką bestię.
Po tym jak już wyciął sobie wrota w niedźwiedzim brzuchu, Angatok uratował też wszystkich którzy byli zjedzeni wcześniej, a wciąż jeszcze żyli. Jeszcze długi czas ludzie żyli posilając się niedźwiedzim mięsem. Tak właśnie jest w życiu: przez chwilę jest z ciebie olbrzym którego wszyscy się boją, zaraz potem stajesz się pożywieniem dla innych.
Jeśli kogoś interesują eskimoskie / inuickie legendy, to po powrocie do kraju obiecuję potłumaczyć ich więcej umieszczając na tej stronie w zakładce „O Arktyce”. Co ciekawsze z nich znajdą się też w książce, która powstanie po rejsie.
* * * * *
15 września, 70. dzień wyprawy, wieczorem Morze Beringa Jachtowa dieta
Żadne rewelacje w życiu jachtowym się nie wydarzyły. Płyniemy całkiem ładnie – 6 węzłów z postawionymi wszystkimi żaglami, no i wyraźnie daje się odczuć że spadamy na południe, bo jest odczuwalnie cieplej (wytrzymuję bez rękawiczek). Dookoła pustka – żadnego lądu, żadnych statków, tylko morze. Trochę dla zabicia czasu upiekłam ciasteczka z masła orzechowego (to chyba jedyna forma w jakiej mogę przyswoić tę maź uważaną w USA i Kanadzie za wielki przysmak). Ciasteczka znikają w szybkim tempie, bo są naprawdę niezłe. Jak tak dalej pójdzie to z karibu przeistoczymy się w renifery (chodzi o tę opisywaną dwa dni temu różnicę, że to ten sam gatunek, ale karibu są smukłe, a renifery bardziej ciężkie, tłuste). W ramach dogadzania sobie, w międzyczasie Börje zrobił gar pop-cornu i wypiliśmy sobie po rosyjskim piwku (na zdjęciu obok). Jakieś przyjemności w tym arktycznym żeglowaniu musza być :-).
16 września, rano Morze Beringa, trawers Przylądka Romanzof Pozycja na godz 0950: 61 st. 48`N, 166 st. 39`W Łodzią podwodną pod Biegunem!
Muszę sprawdzić kim był pan Romanzof (pisownia brytyjska).Niewątpliwie to jakiś Rosjanin zasłużony albo w polityce Alaski albo w tutejszych odkryciach. Właśnie mijamy od wschodu przylądek nazwany jego imieniem. Jesteśmy oddaleni o około 12 mil, ale nawet z tej odległości wielkie klify wyrastające z wody na wysokość 373 m (wiem, bo w mądrych książkach tak piszą :-) ) robią należyte wrażenie.
Obok: Wschód słońca nad Przylądkiem Romanzof.
Przy okazji szukania w Locji Admiralicji Brytyjskiej informacji o panu Romanzofie (bez efektów), jak również sprawdzania możliwości zakotwiczenia gdzieś w okolicy, bo mamy przeciwny wiatr który ma się jeszcze przez dwa dni utrzymać, znalazłam fajną ciekawostke. Chodzi o pierwsze przejście z Pacyfiku na Atlantyk via Biegun Północny. Dokonała tego w 1958 roku amerykańska łódź podwodna „Nautilus”. Wyruszyła 29 lipca przez Cieśninę Beringa, przeszła przez Morze Czukockie jakieś 220 mil na wschód od rosyjskiej Wyspy Wrangla i idąc w zanurzeniu 3 sierpnia była pod biegunem raportując głębokość 4087 m (!) i pokrywę lodu pod biegunem grubości 7,6 m. Potem od bieguna jankescy podwodniacy przeszli na wschód od Grenlandii i ostatecznie dotarli do Portland w Anglii. Niezła „wycieczka”, tylko co z tego, jak nic w takich głębinach nie widać. :-)
* * * * *
14 września, 69. dzień wyprawy, po południu Morze Beringa, po wyjściu z Teller Pozycja na godz. 1750: 64 st. 54`N, 166 st. 38`W Kurs na południe
Poranne podniesienie kotwicy było równoznaczne z pożegnaniem z arktyczną Północą. Od tej pory płyniemy już zdecydowanie na południe. Trochę nam żal, zresztą Börje cały czas zastanawia się czy nie zawrócić, bo okolice Teller tak mu się spodobały, że stwierdził, że mógłby tu zostać na zimowanie. Trochę jesteśmy źli, bo prognozy pogody nijak się nie sprawdzają, w związku z czym wleczemy się dużo wolniej niż zakładaliśmy. Rano wiatru w ogóle nie było (a zapowiadano 20 węzły), teraz już wieje, ale zamiast wschodniego jest południowy, czyli mamy pod wiatr.
Obok: Czas postawić żagle!
Płyniemy blisko brzegu, tak więc możemy sobie popatrzeć jeszcze trochę na góry Alaski. Aż trudno uwierzyć, jak różne kształty i kolory mają – od szarych, iście „księżycowych”, przez gołe, czerwonawe pagóry, po szczyty typu alpejskiego. My oglądamy góry, ale i my sami również jesteśmy oglądani. Właśnie przed chwilą przeleciał nad nami mały samolocik, którego pilot zapewne chciał nam się przyjrzeć. Wyczytałam w materiałach o Alasce, że co 58 osoba z mieszkańców Alaski ma licencję pilota samolotowego, a jeden samolot przypada na 59 mieszkańców. Nic dziwnego skoro tu takie wielkie przestrzenie. Obszar stanu Alaska to 937 tys. km kw (prawie trzy razy tyle co Polska)., a powierzchnię tę zamieszkuje zaledwie niecałe 700 tys. osób.
Po drodze, na długiej mierzei, widzieliśmy kilka budynków na mapie widniejących jako Port Clarence (na zdjęciu obok). Wbrew nazwie nie jest to żaden wielki port. W latach 60. XIX wieku spędzili tu długą i ciężką zimę pracownicy Western Union, funkcjonującej do teraz firmy, która wówczas postanowiła zrealizować projekt wymyślony przez Juliusza Verne, w ramach którego cała kula ziemska miała być otoczona linią telegraficzną. Po kilku nieudanych próbach w połączenia Ameryki i Europy podwodnym kablem położonym pod Oceanem Atlantyckim, wymyślono że może łatwiej będzie zrobić połączenie via Rosja, czyli przez Alaskę i Czukotkę które oddziela jedynie wąska Cieśnina Beringa. W tamtych czasach były to tereny zupełnie dzikie i niezbadane, nawet żadnych map ichniejszego interioru nie było. Tak czy owak w ramach projektu jedna z ekip mających stawiać telegraficzne słupy została wysłana właśnie w okolice Port Clarence. Czterdziestu ludzi pracowało wytrwale, w zupełnym odcięciu od świata, bo po tym jak statek z zaopatrzeniem odpłynął jesienią na południe, zostali zupełnie sami, jak się okazało – bez odpowiedniej odzieży, wystarczająco mocnych namiotów i bez dostatecznej ilości jedzenia (nie wiem czy z tego powodu, ale dwie osoby w trakcie tej fatalnej zimy zmarły). W kwietniu 1867 roku kiedy skończyły się ostatnie zapasy prowiantu, szef ekipy dał im polecenie zaprzestania prac na rzecz zajęcia się polowaniami i łowieniem ryb, tak by przetrwać do lata. 28 czerwca przypłynął wreszcie statek z zaopatrzeniem i informacją, że.. mają się zbierać, bo transoceaniczny kabel telegraficzny został jednak pod Atlantykiem położony, a projekt przy którym pracowali od kilku miesięcy jest już anulowany, tylko że nie było jak ich powiadomić. Krótko mówiąc chłopcy wykonali kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty. Ale że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – bystry szef zorientował się w międzyczasie, że miejscowe potoki zasobne są w złoto. Po 30 latach wrócił i… stał się jednym z pierwszych milionerów którzy rzeczywiście dorobili się na złocie Półwyspu Seward (Nome i okolice).
* * * * *
13 września, 68. dzień wyprawy postój w Telller Pozycja: 65 st. 16`N, 166 st. 21`W Tu, gdzie wylądowała „Wielka Latająca Foka”
Praktycznie cały dzień spędziliśmy w Teller – eskimoskiej wiosce położonej między dwiema zatokami. Przez jakiś czas był z nami jeszcze Igor, ale potem załapał się na stopa z niemieckimi turystami (do Telller można dojechać z Nome drogą), więc znowu zostaliśmy sami. Mieszkańcy mówili nam, że jesteśmy pierwszym jachtem w historii wioski! Dziwne, bo jej położenie z punktu widzenia jachtów jest wprost idealne – zajmuje otoczony pagórkami cypelek dając dobry port schronienia. Jedyny minus stanowi fakt, że to jednak na uboczu, a jachty robiące North West Passage zawsze się spieszą, aby uniknąć zamknięcia przez lody czy nie dać się złapać przez jesienne sztormy.
Nam Teller też nie było po drodze – aby tu zawinąć musieliśmy zboczyć dość sporo na północ. Jeden ze znajomych Börje przysłał nawet satelitarnego smsa z troskliwym pytaniem czy się nie pomyliliśmy i czy wszystko w porządku? Mnie do Teller ciągnęły dwa powody: chciałam zobaczyć wioskę typowych Eskimosów, a poza tym interesowało mnie jak wygląda miejsce, w którym po locie nad biegunem wylądował pilotowany przez Amundsena sterowiec „Norge” (bo Amundsen był nie tylko żeglarzem, ale też pilotem samolotów i sterowców). Chodzi o zorganizowaną w 1926 roku wyprawę, w trakcie której Roald Amundsen, amerykański finansista Lincoln Ellsworth i włoski inżynier aeronautyki Umberto Nobile plus 13 innych osób załogi, zrobili pionierski lot ponad Biegunem Północnym. Dokonali tego na zaprojektowanym przez Nobile sterowcu „Norge” startując ze Spitzbergenu i dwa dni później lądując na Alasce. Po drodze, 15 godzin po starcie, przelatując nad Biegunem (byli nad nim na wysokości zaledwie 200 metrów) zrzucili trzy flagi – Norwegii, USA i Włoch, czyli krajów reprezentowanych przez główny trzon ekipy.
Powyżej: malunek przy lokalnej szkole upamiętniający lądowanie sterowca Amundsena i "Anna" na kotwicy w Teller.
Początkowo zamierzano wylądować na Alasce w Nome, ale ze względu na pogodę i silny przeciwny wiatr zmieniono plany – wykorzystano zatokę koło Teller. Dla lokalesów było to niesamowite wydarzenie - wielki, dziwnie wyglądający obiekt latający nazwali „Wielką Latającą Foką”. Rozbity sterowiec (nikomu z załogi się nic nie stało) wykorzystali bardzo praktycznie – metalowe części zamieniły się potem w narzędzia, zabawki czy sprzęty kuchenne, natomiast z wodoodpornej, materiałowej powłoki kadłuba kobiety uszyły parki – eskimoskie kurtki.
Jak wygląda współczesne Teller (na zdjęciu obok)? To w sumie niewielka wioska (około 300 mieszkańców) w której żyją Eskimosi z grupy Yupiak (amerykańscy Eskimosi dzielą się na trzy podgrupy). Mają swój własny język, ale mało go już używają w czystej postaci. Inna sprawa, że z poprawnym angielskim też u nich różnie – na ogół posługują się miksem angielskiego (raczej – amerykańskiego) i swojego języka yupiak. Mało kto na przykład powie „Thank you” (dziękuję), w obiegu jest eskimoskie „quyana”. Nauczyliśmy się też tutejszego „na zdrowie” (toastu), czyli „tannaq” co jest tutaj zwrotem o tyle znaczącym, że dla wielu mieszkańców raczenie się alkoholem to główna rozrywka i sposób na zabicie czasu. Teoretycznie Telller należy do tzw. dry village, czyli wiosek objętych prohibicją, ale nie ma przecież problemu by pojechać do Nome, gdzie co jak co, ale sklepy monopolowe to doskonale prosperujący, legalny biznes. Sądząc po licznych plakatach informujących o możliwości pomocy psychologicznej, mają tu też spory problem z samobójstwami – to niestety typowe dla całej Arktyki. Inna sprawa, że widać że rząd stara się jakoś pomagać – na różnego typu akcje wsparcia ludzi mających ze sobą problemy idą całkiem spore pieniądze. A co do pomocy rządu, to jak nam powiedziano, miejscowi dostają zimą darmowy olej do ogrzewania mieszkań!

Po prawej: Suszące się ryby (łososie).
Podstawą bytu ludzi z Teller są połowy ryb (chyba każdy tutaj ma jakąś małą łódeczkę), polowania (spotkaliśmy myśliwych z upolowanym łosiem) oraz hodowla reniferów. Przy okazji dowiedziałam się czym się różni renifer od karibu. W sumie to to samo, tyle że karibu jest dziki i żyje na terenach położonych bardziej na północ, natomiast renifer jest udomowiony, a obszar jego występowania na Alasce to między innymi okolice Teller (co ciekawe, tutejsze renifery sprowadzono z Rosji; tylko na Półwyspie Seward jest ich ponad 25 tys.). Obydwa podgatunki różnią się też trochę wizualnie – karibu jest zgrabniejszy, lżejszy, bo dużo biega, renifer natomiast mniej się rusza, więc jest bardziej ociężały i ma więcej tłuszczu, o czym świadczy także zwisające podgardle (karibu go nie ma). Poza tym renifer ma też rodzaj plamek na grzbiecie, czego nie ma karibu, nie mówiąc o oznaczeniach w uszach, do kogo należy.
Jak to zwykle na brzegu, kiedy tylko dobijamy naszym pontonikiem, pojawiają się jacyś lokalesi. Tym razem było ich dwóch – chłopak, który jak się potem okazało zaliczył niedawno poważny wypadek, bo jechał po pijaku quadem (od czasu wypadku już nie pije) i starszy już gość, Eskimos z krwi i kości, który zaprosił nas do siebie na kawę. Przy okazji kupiłam od jego żony za okazyjną cenę 15 dolców eskimoską „sukienkę” zwaną kaspak (Eskimosi z Czukotki używają nazwy kuchlanka) - to tradycyjny strój kobiet eskimoskich i inuickich, od Czukotki po wybrzeża północno-wschodniej Kanady. Chciałam od razu ją założyć i w niej chodzić, ale odwiódł mnie od tego zamiaru zapach ubranka, które wcześniej nosiła właścicielka. Jak by to delikatnie powiedzieć… Mam wrażenie że wśród tradycyjnych Eskimosów, podobnie jak w Rosji było z wieloma Czukczami, mycie się nie jest zbyt częstą czynnością.
Na zdjęciu obok: W moim nowym nabytku (eskimoskim ubraniu) uczę się lokalnych tańców.
Wizyta w mieszkaniu była ciekawą lekcją na temat tutejszego życia, bo jak to w Ameryce, wszyscy, włącznie z Eskimosami, obwieszają swoje mieszkania zdjęciami i rodzinnymi pamiątkami. Najbardziej podobała mi się fota sprzed chyba 50 laty, na której widniał ojciec gospodyni w zimowej parce (obszyta futrem eskimoska kurtka) tańczący tradycyjny taniec. Przy okazji mieszkań – mimo że woda bieżąca w kranach jest, powszechnie zbiera się też deszczówkę.
Co jeszcze widzieliśmy w wiosce? Ryby suszone na specjalnych stojakach, psy hodowane do zaprzęgów, byliśmy też na krótkim trekingu poza miastem, licząc że w tundrze zobaczymy renifery. Niestety, reniferów nie było, wołów piżmowych również nie, choć ponoć od czasu do czasu można je zobaczyć nawet na głównej ulicy wioski.
Wieczorem wylądowaliśmy w miejscowej szkole na Internecie, co wykorzystałam na zakup biletu z Anchorage do Chicago (2 października z Chicago mam samolot do Polski). Ale fajną szkołę tu mają! Uczy się w niej 60 dzieci, mających do dyspozycji obiekt którego naprawdę można im pozazdrościć. Przed szkołą jest płot z malunkami pokazującymi historię wioski i stanu Alaska. Czyli: rok 1900 – życie w namiotach, 1959 – Alaska staje się 50. stanem USA, 1969 - doprowadzenie drogi z Nome itp., ale w międzyczasie jest też rok 1926 kiedy to koło Teller wylądował wspomniany na początku sterowiec „Norge” na którym Amundsen i jego załoga przylecieli ze Spitsbergenu. To jedyna pamiątka jaką tu mają po tym niezwykłym, epokowym wręcz wydarzeniu, bo podobnie jak i było na Czukotce, tutejsi mieszkańcy nie mają pojęcia że był u nich „jakiś” Amundsen, człowiek o nazwisku które kompletnie nic im nie mówi.
Powyżej: popiersie Amundsena (ale nie z Teller, bo tam takowego nie ma, tylko z głównej ulicy w Nome).
* * * * *
12 września, 67. dzień wyprawy Przeskok z Nome do Teller Igor na pokładzie!
W drodze do Teller mamy jachtostopowicza. Płynie z nami Igor, czyli nasz poznany w Nome kumpel, poszukujący złota Rosjanin (na zdjęciu obok). Chłopak tak emanuje radością życia i tak rwie się do wszelkich prac na jachcie, że aż miło z nim płynąć. Przy okazji mamy zestaw kolejnych historyjek o tutejszym poszukiwaniu złota. Swoją drogą wczoraj podczas „wieczoru pożegnalnego” na „Muktuku” (jachcie Austriaków), była dziewczyna, rodowita Amerykanka z południa Alaski, pracująca przez lato w Nome jako nurek (chodzi oczywiście o nurków „odkurzających” ocean w ramach poszukiwania złota). Nie byłoby w tym może nic dziwnego (choć dziewczyny w takiej roli to jednak rzadkość) gdyby nie to, że dziewczę studiuje… śpiew operowy. Właśnie wybiera się na stypendium do Wiednia i była zainteresowana czy może w Europie spieniężyć przywiezione z Alaski złoto. Karl i Alessandra (Austriacy) twierdzą że nie ma chyba takiej możliwości, bo złota w czystej, nieprzerobionej postaci przywozić do ich kraju nie wolno. Śpiewaczka się zmartwiła, bo jak się okazuje, większość poszukiwaczy złota nie spienięża od razu swoich znalezisk, tylko trzyma je zakładając że to lepsza inwestycja niż dewaluujące się dolary.
Na obiad zrobiliśmy rybę otrzymaną wczoraj od Ivo – pracującego w Nome Czecha. Oczywiście łosoś (mowa o rybie). Na tym rejsie zjadłam więcej łososi niż w ciągu ostatnich 5 lat.
Fajnie się płynie, bo jest niesamowita widoczność – widać nawet odległe o 60 mil Diomedy, czyli wysepki w cieśninie Beringa. Jedna z nich jest amerykańska, druga rosyjska (na zdjęciu obok akurat brzeg z drugiej strony :-) ). Dla Igora to ważne, bo to już kawałek jego ojczyzny, do której od 15 lat nie może pojechać. Wciąż czeka na przyznanie amerykańskiego obywatelstwa, więc boi się że jak wyjedzie to już go mogą nie wpuścić.
A tak w międzyczasie, to w ramach codziennej lektury różnych materiałów zdobytych z miejsc takich jak biblioteka czy informacja turystyczna, doszłam do tego, skąd wzięła się nazwa Nome. Są dwie wersje. Eskimosi uważają że to od zwrotu w ich języku: „Kno-no-me”, co oznacza „Nie wiem” i co być może było odpowiedzią jakichś lokalesów, kiedy przybyli Biali żeglarze zapytali ich o nazwę tego miejsca. Bardziej popularne jest jednak tłumaczenie, że to przez zwykłą… literówkę. W połowie XIX wieku kapitan jednego z brytyjskich statków pływających u wybrzeży Alaski zobaczył na mapie nienazwany przylądek, nabazgrał więc przy nim ołówkiem: „Name?” (ang. „nazwa?”). Kiedy mapę kopiowano, niewyraźny napis odebrano jako podaną nazwę – znak zapytania odczytano jako „C” (skrót od angielskiego „Cape” czyli „przylądek”) a ponieważ w „name” literę „a” wzięto za „o”, wyszło „Cape NOme”. W kolejnym wydaniu map Admiralicji Brytyjskiej właśnie ten napis pojawił się przy przylądku.
* * * * * *
11 września, 66. dzień wyprawy Nome (Alaska) Mietek, czyli nasz człowiek na Alasce
Dzisiaj niedziela, co sprawiło że spaliśmy do 9.30 i pewnie byśmy spali dłużej gdyby nie umówienie się z Igorem. Igor potowarzyszył nam przy śniadaniu, rozpoczynając w ten sposób „dzień gości”, bo już do wieczora non-stop ktoś był na pokładzie, a na koniec, wieczorem, my wylądowaliśmy na jachcie Austriaków.
Igor chciał nam nawet pożyczyć swojego quada, ale nawet nie było czasu by zrobić z niego użytek. Najdalszy dystans który udało nam się przejść był do łodzi Igora, tej na której wypływa na poszukiwanie złota. Igor wszystko nam w detalach objaśnił, pokazał jak się pompuje wodę i jak wygląda system odcedzania drogocennego kruszczu. Ponoć przeciętnie w ciągu godziny można pozyskać pół uncji złota, co oznacza jakieś 900 dolców, ale są też łodzie bardziej nowoczesne na których przy odrobinie szczęścia można mieć i po 5 uncji! Praca Igora jako nurka polega na „odkurzaniu oceanu” czyli pobieraniu złotonośnej warstwy która wędruje na pokład i jest następnie oczyszczana. Podział zysków wygląda następująco: przeciętnie 30 proc. idzie dla właściciela morskiej „działki” na terenie której łódź pracuje, 40 proc. dla właściciela łodzi, pozostała część dla nurków którzy dzielą się dochodami w zależności od ilości przepracowanych godzin.
Powyżej: Typowa łódź poszukiwaczy złota z Nome.
Co do gości jacy dzisiaj przewinęli się przez „Annę” to w pewnym momencie mieliśmy na kawie Czecha (pracujący w miejscowym szpitalu Ivo), Austriaka (Karl z sąsiedniego jachtu), Rosjanina (Igor), do tego byłam jeszcze ja jako Polka i Borje jako Szwed – pięć różnych osób z pięciu różnych krajów, spotykających się na krańcu świata i rozmawiających ze sobą po angielsku.
Późnym popołudniem pojawił się jeszcze Mietek – poszukiwacz złota rodem z Polski. Facet o niesamowitej historii, mimo swoich prawie już 60 lat wciąż poszukujący swojego miejsca na Ziemi. Mietek twierdzi, że ma indiańskie korzenie, a to w związku z tym, że jego prapradziadek, wcielony na siłę do rosyjskiej armii (w czasach gdy Polska była pod zaborami) znalazł się jako żołnierz na rosyjskiej jeszcze wtedy Alasce no i jak to bywa, w miłosnym uniesieniu zbratał się z jakąś indiańską pięknością sprowadzając ją potem do kraju. Mietek zrobił nawet testy DNA, które wykazały że faktycznie, ma 7 % krwi wskazującej na pokrewieństwo z żyjącym na południowej Alasce plemieniem „Bears” (Niedźwiedzie).
Obok: Mietek przy swoim quadzie, bez którego przy poszukiwaniu złota trudno się obejść.
Mietek jest w Stanach od dobrych 30 lat, ale wciąż świetnie mówi po polsku, bez żadnego akcentu, choć w międzyczasie był w Polsce tylko dwa razy, i to bardzo dawno. Z poszukiwaniem złota jak twierdzi idzie mu kiepsko, choć jego koledzy po fachu twierdzą, że to nie do końca prawda, bo nawet jeśli ten sezon był dla Mietka kiepski (zresztą wszyscy inni też narzekają na to lato), przyjeżdżający do Nome już od 5 lat Mietek, zdążył się już trochę na złocie dorobić. Nie zmienia to faktu że Mietek mieszka w postawionym na plaży „boxie” (w dosłownym tłumaczeniu: pudło; nie widziałam, znam tylko z opowieści), własnej łodzi się jeszcze nie dorobił, ma jedynie machinę do przepłukiwania, a niezależnie od tego korzysta też z tradycyjnego talerza. Pytałam czy przyjedzie wypłukiwać złoto w przyszłym roku – wszystko wskazuje że tak.
Przegadałam z Mietkiem bite 3 godziny. Wieczorem mieliśmy iść z Börje na Internet, ale nic z tego nie wyszło, zrobiła się spontaniczna imprezka na jachcie u Austriaków. Oni jutro też wypływają. Może spotkamy się w jakimś porcie południowej Alaski?
A co do gości – dzisiaj Börje, wprawdzie niechcący, ale znalazł skuteczny sposób na szybkie pozbywanie się gości :-). No więc siedzieliśmy sobie z Mietkiem w mesie „Anny” i gadaliśmy w najlepsze po polsku, Börje natomiast robił porządek w szufladzie ze swoimi szpargałami. W pewnym momencie wyszedł, a w mesie zaczął się rozchodzić duszący zapach. Kaszląc zakręciłam profilaktycznie zawór gazu, ale nic nie pomogło – kasłałam coraz mocniej, a po chwili dołączył do mnie jeszcze w tej czynności Mietek. Po kolejnych kilkunastu sekundach do kasłania dołączyły łzy, a chwilę później już oboje byliśmy na pokładzie. Co się okazało? Robiąc porządki Börje znalazł otrzymany na Wyspie Wrangla gaz pieprzowy, który miałby się przydać w razie bliskiego spotkania z niedźwiedziami. Börje tłumaczył potem, że on ten gaz to niechcący, i tylko drobinę, tak czy owak wiemy że działa. Przez kolejny kwadrans wietrzyliśmy jacht i dochodziliśmy powoli do siebie, długo nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Wolę nie myśleć, jaki byłby efekt gdyby rozpylił całą buteleczkę. :-)
Na zdjęciu powyżej: Nasi goście i my, w sumie 5 osób (piąty to Borje robiący zdjęcie), z pięciu krajów. Od lewej: Karl z Austrii, Iwo z Czech, Igor z Rosji, i ja z Polski plus Borje ze Szwecji. Żadnego Amerykanina, ale dogadujemy się po "amerykańsku".
10 września, 65. dzień wyprawy Nome (Alaska) Tańce Eskimosów i spotkanie załóg
Niestety kiepska pogoda się utrzymuje. Wiatr z południa o sile 40 węzłów sprawia, że wszystkie trzy jachty jakie są w Nome nawet nie myślą o opuszczeniu portu. Łodzie poszukiwaczy złota też nie wypływają – jedna tylko się odważyła i… zatonęła tuż za główkami portu (nikomu się nic nie stało, ale ktoś tam jest kilkadziesiąt tysięcy dolarów w plecy).
Dzień rozpoczęłam bardzo wcześnie, bo w ramach odbywającej się właśnie w Nome konferencji przyjaźni Alaski i Czukotki o godzinie 8-mej rano miał się odbyć pokaz tańców czukockich Eskimosów. Nie wiem kto wpadł na pomysł, aby tak ciekawy punkt programu zrobić akurat w sobotni poranek, o godzinie kiedy w Nome jest jeszcze dość mroczno. Kiedy zadzwonił nastawiony na 7.20 budzik, dwa razy sprawdzałam czy to na pewno ta godzina, bo ciemność nad pokładem i palące się przy przetwórni krabów lampy sugerowały że to środek nocy. Mrucząc pod nosem różne przekleństwa wygrzebałam się z wyra i w strugach deszczu, po kostki w błocie poczłapałam „na tańce”.
Występującą grupą była ekipa poznana dzień wcześniej w pizzerii, do której chodzę na Internet. Pomagałam im zamówić coś do zjedzenia, bo nijak się nie mogli dogadać – nie znali ani słowa po angielsku, a kelnerka jak się można domyśleć, nie mówiła po rosyjsku. Rosjanie chcieli zamówić „borszcz”, ale uświadomiłam im że tego typu rosyjskie specjały w Ameryce nie są znane. W tej sytuacji poprosili o „kartoszku” (ziemniaki) i „kuricę” (kurczaka). Kelnerka słysząc moje tłumaczenie zrobiła okrągłe ze zdziwienia oczy, tym bardziej, że cała akcja działa się przecież w pizzerii. Ostatecznie Rosjanie zamówili „pizzę z kartoszką i kuricą”, a potem poprosili jeszcze żeby była także „kołbasa”. Nie wiem co ostatecznie im przyrządzono, ale chyba byli nawet zadowoleni.
Tak czy owak rosyjska grupa powitała mnie dzisiaj jak starą znajomą. Narobiłam im mnóstwo zdjęć, tym bardziej że śpiewali i tańczyli naprawdę fajnie. Po występie porozmawiałam trochę z przybyłą z Czukotki szefową tamtejszego Departamentu Turystyki. Wyszło na to, że aby zobaczyć coś na Czukotce bez problemów, trzeba wynająć jakiegoś tamtejszego agenta obsługującego statki. Powiedziałam, że znam załogę amerykańskiego jachtu, któremu takowy agent zaśpiewał kwotę 10 tys. dolarów, no i usłyszałam odpowiedź, że jak się nie ma pieniędzy, to się nie podróżuje.
Po występie wpadłam na jacht, między innymi zjeść wraz z Borje śniadanie, no i przy okazji popsułam sobie humor. Powód? Powiesiłam ociekającą po deszczu kurtkę koło rury naszego odpalanego w portach piecyka, no i po kilku minutach poczuliśmy dziwny zapach, a zaraz potem okazało się że moja śliczna kurtka Henri Lloyda którą tak lubię, pod wpływem obróbki termicznej nieco zmieniła swój wygląd. „Nieco” to mało powiedziane… To chyba pierwsze zdarzenie na tym rejsie kiedy dosadnie przeklęłam… A skoro wspomniałam o Henri Lloydzie… Nie wszyscy wiedzą, że ta kojarzona z Wielką Brytania renomowana firma specjalizująca się w ubraniach żeglarskich została założona przez naszego rodaka, pana Henryka Strzeleckiego który swego czasu wyemigrował na Wyspy. Ciekawa historia – w książce która powstanie po rejsie ją rozwinę, bo na to zasługuje….
Po południu, tym razem już razem z Borje, jeszcze raz obejrzeliśmy eskimoskie tańce. Tym razem produkowały się dwie grupy – amerykańska (łatwo rozpoznawalna po dżinsach i adidasach) i rosyjska (szczerze mówiąc dużo lepsza). Zrobiła się z tego niesamowita „Etno-dyskoteka”, bo od pewnego momentu do tańczących na scenie spontanicznie dołączali wszyscy którzy chcieli, niezależnie od wieku i umiejętności. W pewnym momencie tańczyło kilkadziesiąt osób i gdyby nie to, że robiłam zdjęcia, sama byłabym pośród nich.
Wieczór spędziliśmy u Deb i Rollanda, razem z załogą austriackiego jachtu „Muktuk”. Takie żeglarskie spotkanie połączone z obiadem i deserem, bo każdy coś tam przygotował. Po licznych radach odnośnie zimowania łodzi Börje ma coraz trudniejszy wybór, dokąd płynąć, bo każdy doradza mu co innego :-). Duża szansa że „Anna” wyląduje obok „Muktuk” na jednej z wysp południowej Alaski.
Po prawej: Deb opowiada o przechodzeniu North West Passage na jachcie "Prececipe" (trzy lata temu), my i załoga "Muktuk" słuchamy.
8 września, 63. dzień wyprawy Nome (Alaska) Mamy sąsiadów!
Najważniejszy news: Nie jesteśmy już w porcie jedynym jachtem! Dzisiaj rano burta w burtę stanął "Muktuk" - jacht żeglującej rodziny z Austrii (na zdjęciu obok, ten z prawej). Większy trochę od nas (14 metrów), jednomasztowy. Ze wstępnych opowieści wynikało, że w tym roku w Przejściu Północno-Zachodnim było wyjątkowo mało lodu. Jak pokazaliśmy zdjęcia z kandyjskich cieśnin z ubiegło roku - byli trochę zaskoczeni.
My tymczasem, w oczekiwaniu na normalny wiatr (nie sztormowy i z odpowiedniego kierunku) zrobiliśmy sobie całodniowy wypad w interior. Samochód pożyczył nam Igor - poznany dzień wcześniej poszukiwacz złota, niezwykle życzliwy chłopak. Z Nome prowadzą w różnych kierunkach trzy drogi – wybraliśmy najdłuższą z nich, czyli liczącą 85 mil amerykańskich (ok. 130 km) Kougarok Road. Mieliśmy farta - trafiliśmy na super pogodę: błękitne niebo i słoneczko podkreślające kolory jesieni.
Pierwszy postój zrobiliśmy sobie nad Salmon Lake czyli Jeziorem Łososiowym (zdjęcie obok). Łososie rzeczywiście w nim były – akurat jest pora ich tarła, tak wiec nawet przy samym brzegu można było zobaczyć wodę wprost „kipiącą” od czerwonych ryb. W tym okresie ludzie ich nie łowią, tym bardziej że są ponoć niesmaczne, ale niedźwiedzie zapewne uważają inaczej i jak najbardziej – korzystają z łatwej zdobyczy. W każdym razie widzieliśmy na przybrzeżnej plaży ślady niedźwiedzia brunatnego (a poza tym także łosia i chyba lisa).

Zdjęcie obok: Łososie wyskakujące z wody (pełno ich!)
Co do zwierząt to po drodze widzieliśmy panią łosiową (klempę) z młodym, jednego woła piżmowego który czmychnął w krzaki, tamy zrobione przez bobry (samych bobrów nie) i trochę ptactwa. Co do ptaków to mieliśmy niezły ubaw, bo na jednym z postojów kiedy Borje postanowił łowić ryby (Borje uwielbia łowić, choć tym razem nie łososie), zabrany w podróż psiak Igora po drugiej stronie rzeki znalazł skrzydlatego amanta. Psisko Igora w porywie serca szczeknęło raz i drugi, po czym przez kolejne 5 minut trwała interesująca konwersacja miłosna, bo ptaszysko zdaje się też było zainteresowane krzykliwym czworonogiem.
Tereny, po których dzisiaj jeździliśmy to totalne pustkowie – jedyne oznaki cywilizacji to domki weekendowe, do których gospodarze dolatują na ogół… samolotem (posiadanie awionetki to tutaj tak normalna sprawa jak posiadanie samochodu). Nawet knajpek żadnych nie ma, co wcale nas nie zmartwiło, bo na zabranej z jachtu maszynce turystycznej zagotowaliśmy sobie wrzątek na pysznego Travelluncha tym razem pod hasłem: pasta carbonara. Kluchy jak się okazało nie tylko nam smakowały – Ginger, czyli psisko Igora również dostało swoją porcję a potem upominało się o dokładkę.
Obok: Ginger we własnej osobie :).
Już mieliśmy wyjeżdżać z postoju lunchowego, zapakowaliśmy autko, a tu nagle okazało się, że mamy przebitą oponę. Na szczęście było w bagażniku koło zapasowe, ale każde z nas od tej pory modlło się by nic już się po raz drugi takiego nie wydarzyło, tym bardziej że to droga na której prawie nic nie jeździ, a w międzyczasie wyładowała się bateria naszego telefonu satelitarnego.
Głównym naszym celem były gorące źródła, do których dojazd można porównać z jazdą po bezdrożach afrykańskich. W końcu dojechaliśmy i... Zaskoczenie! Jak to w Ameryce - spodziewaliśmy się basenów, komercji, kiosku z hamburgerami, a tymczasem poza opuszczoną wioską o nazwie "Hot Springs Pilgrims" nie było nic! Wioska to pozostałość po kościelnym sierocińcu, no ale miały być źródła! Złaziliśmy się strasznie, bo nawet najmniejszej tabliczki kierującej do miejsca kąpieli nie było. Że to jednak okolica gorących źródeł świadczyła roślinność - wyjątkowo bujna, a i nawet drzewa były! Pierwsze drzewa od wypłynięcia z Kanady! Szczerze mówiąc jak pokażę zdjęcia nikt mi nie uwierzy że to Arktyka, bo sceneria nie różniąca się od polskich lasów w czasie typowej "złotej polskiej jesieni" (zdjęcie obok).
Źródła w końcu znaleźliśmy! Pomógł nam w tym charakterystyczny siarkowy zapach. Do kąpieli służyła wielka drewniana balia z widokiem na ośnieżone góry i żółte drzewa. Śliczne miejsce, a do tego ta super cieplutka woda! Gdyby nie to, że nie chcieliśmy jeździć po tych pustkowiach po nocy, pewnie byśmy siedzieli w źródłach dużo dłużej. Do Nome dojechaliśmy już po zmroku, oddając Ginger w ręce stęsknionego właściciela. Potem była jeszcze herbatka z rumem na austriackim jachcie, ale to już inna historia...
6 września, 61. dzień wyprawy Nome – IV dzień postoju (Alaska) Od renifera do fryzjera
Najpierw zagadka, związana z następującą sytuacją. Przy ulicy stoi dom, jakich w Nome wiele. Wchodzę po schodkach (bo tutaj też ze względu na warstwę tzw. wiecznej zmarzliny domy buduje się na palach, trochę ponad ziemią), pukam do drzwi, w końcu naciskam dzwonek. Wychodzi kobieta. - Czy jest Velvet? – pytam grzecznie. - Dzisiaj nie ma. Wyjechał na „camp”. Powinien wrócić jutro - usłużnie odpowiada kobieta. Pytanie: kogo miałam na myśli? Teraz odpowiedź (choć może ktoś pamięta z ubiegłorocznego bloga, bo wtedy o Velvecie pisałam). Nie chodzi bynajmniej o jakiegoś mojego tutejszego kumpla. Velvet to… renifer (na zdjęciu obok). Prawdziwy ren z imponującymi rogami. Jeden z lokalesów zaopiekował się ileś lat temu małym osieroconym reniferkiem, oswoił go tak, że Velvet zachowuje się niczym domowy pies, tyle że wielki i z porożem. Velvet ma nawet swoją budą wielkości domku, a na płocie jest stosowna tabliczka: „Uwaga, renifer”.
Oczywiście następnego dnia wróciłam odwiedzić Velveta. Rzeczywiście był, choć chyba ma dużo gości, bo nawet nie zwrócił na mnie uwagi tylko pogryzał jakąś zieleninę.
Z newsów jachtowych to wciągnęłam Börje na bezanmaszt no i mamy działającą elektrownię wiatrową. Od razu uprościła się sprawa ładowania, bo niestety kupiony w Kanadzie panel słoneczny nieco nas rozczarował.
Po prawej: Borje montuje generator wiatrowy.
Aaaaa, zapomniałam! Zaliczyliśmy (oboje) wizytę w „Beauty Salon”, bo zarośliśmy strasznie i nadszedł czas by się nieco obciąć. „Beauty Salon” (tak obwieszcza wielki szyld przed wejściem) to krzesło wstawione w kuchni między lodówką a mikrofalówką. Pani fryzjerka zainkasowała po 30 dolców za wystrzępienie włosów bez nawet ich zmoczenia, o jakimkolwiek uczesaniu nie wspominając, ale już pal sześć – przynajmniej mi teraz rozwiane kudły nie przeszkadzają.
5 września, 60. dzień wyprawy III dzień postoju w Nome Święto Pracy czyli o wyścigach wanien, regatach gumowych kaczek i poszukiwaczach złota
W USA obchodzą dziś Święto Pracy. Czyli nie 1 maja a 5 września, wolny od pracy. Nie wiem jak jest w innych miastach amerykańskich, ale w Nome oznacza to, że ludzie pracy się bawią.
W samo południe na głównej ulicy wyglądającej nieco jak z filmowego westernu, odbył się „wyścig wanien” (zdjęcie obok). W tym roku (impreza odbywa się od 34 lat) wystartowały cztery wanny :-). Chodzi o autentyczne wanny, wypełnione wodą, tyle że na kółkach. W każdej z nich ktoś tam siedzi, a ekipa zawodników pojazd ciągnie. Przy okazji ten co się w wannie moczy, rzuca też w zebrany tłum baloniki wypełnione wodą albo strzela z pistoletów na wodę. Ogólnie jest wesoło i mokro, co przy słonecznym dniu jaki był dzisiaj absolutnie nikomu nie przeszkadzało.
Drugą imprezą organizowaną tu co roku na Święto Pracy są regaty kaczek. Od razu wyjaśniam że chodzi o kolorowe, plastikowe kaczki (kaczory?), z których każda ma numerek, wykupywany za 5 dolców przez chcących uczestniczyć w zabawie. My też zainwestowaliśmy po 5 dolców, nie tyle z chęci wygrania (choć 1500 dolarów głównej nagrody i 750 dolarów za drugą to całkiem niezła kasa), ile dla wciągnięcia się w klimat zabawy. Okazało się że wśród mieszkańców Nome impreza wzbudza naprawdę dużo emocji – są tacy którzy wykupują po ileś kaczuszek! W każdym razie kiedy komisja sędziowska wsypała te wszystkie kaczki do wody, a konkretnie do płynącej za miastem Rzeki Wężowej (Snake River), zrobiło się na wodzie naprawdę kolorowo. Meta była kilkaset metrów dalej, pod mostem, a na brzegach dryfujące swobodnie kaczki dopingował zebrany lud, odpychający od brzegu te kaczątka, które płynąć nie chciały. Niestety, nie wygraliśmy, ale przynajmniej dorzuciliśmy się do ufundowania stypendium dla jakiegoś miejscowego dziecka, bo na ten cel idą pieniądze zebrane podczas wyścigu…
Po prawej: zdjęcie z wyścigu kaczek. Kaczki (plastikowe) to te kolorowe na wodzie...
Prosto z wyścigu kaczek pożyczonym od Rollanda quadem (tu się mówi na takie machiny „ATM” – skrót od „All Terrain Machine”) pojechaliśmy na plażę. Rzecz jasna nie po to, by się opalać, bo temperatury tutejsze temu nie sprzyjają, ale pogadać z jakimiś poszukiwaczami złota. Rejon Nome słynie ze złota, które pozyskuje się tu w trojaki sposób: 1) na skalę przemysłową – w kopalniach; 2) poprzez wysysanie z dna morskiego blisko brzegu naniesionego przez rzekę piasku zawierającego złoto - do tego służą dziwne łodzie z „odkurzaczami” których pełno jest w porcie; 3) wersja dla tych, którzy dopiero zaczynają, albo zaczęli już dawno, ale nie dopisuje im szczęście na które ciągle liczą – wypłukiwanie złota na brzegu, m.in. przy użyciu tradycyjnych „talerzy”. Właśnie ze specjalistami od wersji numer „trzy” można spotkać się na plaży.
Obok: Borje szuka szczęścia przy wypłukiwaniu złota.
Większość poszukiwaczy „plażowych” na plaży też żyje (od czerwca do października, czyli kiedy nie ma śniegu). Mieszkają w namiotach lub byle jakich domkach, choć lepsze byłoby określenie: w „budach”. Zakumpliliśmy się z Jimem – wielkim chłopiskiem, który zajmuje się złotem od ponad 30 lat, choć jak na razie nie widać, żeby z wielkim sukcesem. Mówił, że zdarza się, że w ciągu 20 minut można znaleźć kawałeczki złota warte 400 dolarów, ale nie krył też że w lipcu było tak marnie, że głodował. Dla większości tych ludzi jest to raczej styl życia – Jim przyznał, że większość z nich nie ma rodzin, kobiet i ułożonego życia, ale żaden z nich nie mógłby żyć w pełnej stabilizacji. Kawałeczki złota które znajdują są bardzo malutkie – to raczej opiłki które potem żmudnie się zbiera czymś w rodzaju pipety. Mieliśmy możliwość spróbować jak wygląda praca z takim talerzem – na pewno trzeba mieć dużo cierpliwości (której ja nie mam), ale też całkiem silne ręce (Jim mówi że pracuje z takim talerzem po kilkanaście godzin na dobę). Jedno jest pewne – wcale nie jest to lekka praca, bo jak ze wszystkim – nic łatwo nie przychodzi. Z drugiej strony przy odrobinie szczęścia można zarobić 20-40 tys. dolarów za sezon (4 miesiące), albo nawet więcej.
Powyżej: Jim, profesjonalny poszukiwacz złota pokazuje ampułkę z opiłkami złota wartymi 200 dolarów.
Na koniec zrobiliśmy sobie rajdzik po plaży. Fajne są quady, zwłaszcza ten który dostaliśmy, maszyna o całkiem sporej mocy. W jednym miejscu widzieliśmy wyrzuconego na plażę morsa, któremu pewnie dla kłów, ktoś odciął głowę. Był też postój „jagodowy” – tak wielkich jagód (dokładniej-bażyn) jak tu, nie widzieliśmy w całej Arktyce.
Po lewej: plażowe szaleństwa!
Wieczorem przyszli do nas Rolland,Deboragh i ich córki. Spędziliśmy czas na miłych pogaduchach, a przy okazji Rolland pomógł Borje naprawić nasz wiatrak-generator. Jak go zamontujemy może będzie lepiej z ładowaniem, bo trochę nawalają nam akumulatory.
4 września, 59. dzień wyprawy, wieczorem w Nome – II dzień postoju Schodzimy na psy…
Börje ma niezły orzech do zgryzienia bo musi w miarę szybko zdecydować, gdzie zostawi „Annę” na zimę. Od tego zależy w głównej mierze nasza dalsza trasa. Jedną z opcji jest Nome, czyli port w którym obecnie jesteśmy, inną – Dutch Harbour na Aleutach, jeszcze inne to miejsca na południowej Alasce. Póki co jednak i tak się ruszyć nigdzie stąd nie możemy, bo musimy przeczekać ten zapowiadane już wcześniej sztormisko.
Na zdjęciu: Drogowskaz z Nome podpowiada dokąd możemy popłynąć. Najbardziej kuszą Hawaje (Miami) - 4475 amerykańskich mil (w tym przypadku chodzi o mile lądowe).
Dzień nam minął całkiem miło, bo najpierw spaliśmy do południa, no ale jest niedziela więc jesteśmy usprawiedliwieni. Tak naprawdę to mieliśmy budziki nastawione na 8-mą, ale ósma na naszych zegarkach pokazujących wciąż czas czukocki to tutaj już dwunasta!
Zaraz po śniadaniu mieliśmy gości – przyszli właściciele stojącego obok kutra rybackiego. Zaraz po nich pojawił się miły facet o imieniu Rolland, który jak się okazało jest właścicielem znajomego mi już z ubiegłego roku jachtu „Percecipe”. Rok temu, kiedy przypłynęliśmy do Nome na „Solanusie” miałam okazję poznać jego żonę -Deboragh i córki, jego natomiast nie, bo wyjechał w delegację. Rolland zaoferował różnego typu pomoc – od użyczenia telefonu komórkowego po samochód którym możemy przywieźć paliwo, a na koniec zaprosił nas do siebie do domu na obiad. Z zaproszenia skorzystaliśmy, wymieniając przy okazji informacje jak było w Rosji, jakie jachty ostatnio były w Nome, co ciekawego warto zobaczyć w okolicy itp. Swoją drogą fajna z nich para (mowa o Rollandzie i Deboragh), z mnóstwem różnych ciekawych zainteresowań.
Zdjęcie obok: Deboragh i Rolland - czyli przyjaciele-żeglarze z Nome.
Jednym z nowych hobby Rollanda i Deboragh stały się od ostatniej zimy psie zaprzęgi. Ponieważ wybierali się nakarmić swoją ulokowaną na obrzeżach miasteczka psiarnię, pojechaliśmy z nimi. Cudne psiska (mają ich 10) i jak podobne do ludzi. Niektóre bardziej śmiałe, inne wręcz przeciwnie, na widok człowieka chowające się w budzie. W przeciwieństwie do psów z Grenlandii o które latem się nikt specjalnie nie troszczy, tutaj psy mają super warunki: codzienną porcję pożywienia (na Grenlandii 1-2 razy tygodniowo, bo jak nie pracują, czyli nie biegają w zaprzęgu, to według swych właścicieli na jedzenie nie zasługują), no i własną budę!
Obok: Jeden z karmionych przez nas psiaków.
Po nakarmieniu psów pojechaliśmy na przejażdżkę po okolicy. Między innymi widzieliśmy woły piżmowe – buszuje tu ich całe stado, ale niestety kiedy do nich podjechaliśmy, już spały, czyli z dobrych zdjęć nici. W przeciwieństwie do piżmowołów z którymi mieliśmy do czynienia na kanadyjskiej Herschel Island czy rosyjskiej Wyspie Wrangla, te wcale nie boją się ludzi – ostatnio nawet coraz częściej pokazują się w mieście.
Co do okolicy to zaskakuje mnogość kopalni złota. Czasy poszukiwania złota z talerzem do jego wypłukiwania to już przeszłość (choć turyści mogą sobie kupić zestaw pod tytułem „poszukiwacz” i wybrać się na szukanie szczęścia). Teraz jest już wszystko z duchem czasu czyli złoto wydobywają albo na wielką skalę – kopalnie, ale małe łódeczki z rurami w stylu odkurzacza, którymi wciąga się zawierający okruszki złota piasek z niegłębokiego tutaj morskiego dna.
Powrót na jacht nas nieco zaskoczył, bo odkryliśmy że cały pokład upstrzony jest fioletowymi plamami. Wyraźnie jakaś mewa musiała najpierw się nażreć jagód, a potem dostała biegunki. Tylko dlaczego trafiło ją to akurat nad naszym jachtem??? Jutro w ramach porannej gimnastyki czeka nas szorowanie pokładu.
* * * * *
3 września, 58. dzień wyprawy, późnym wieczorem Nome – I dzień Witaj Ameryko!
Tak jak przewidywaliśmy, przypłynęliśmy do amerykańskiego Nome z samego rana. To znaczy nam się tak wydawało – jak się okazało tutejsze zegarki wskazywały już południe. Stanęliśmy przy pływającym pontonie między łodziami rybackimi i płaskodennymi konstrukcjami do szukania złota na morskim dnie. Jakby nie było Nome to jeden z ważniejszych portów pozyskiwania drogocennego kruszca.
Obok: Ratusz w Nome a obok miejsce wręczania nagród w słynnym wyścigu psich zaprzęgów Iditarod Race.
Odprawa paszportowa była tylko formalnością – znajomy mi z zeszłego roku urzędnik imigration, czarnoskóry Robinson (może powinnam napisać: alaskański afroamerykanin) kazał nam wypełnić ankietkę, po czym zabrał nasze paszporty i obiecał za godzinę wrócić. Faktycznie – wrócił, oddając dokumenty, bez pytania się nawet co to za dziwny wpis po rosyjsku (chodzi o ten nieszczęsny zakaz wjazdu przez 5 lat). Wszystko miło, bez kombinowania co tu zrobić by utrudnić nam życie, z odrobiną uśmiechu.
Pierwsze co załatwiliśmy w mieście to oczywiście GAZ!!! Niesamowite, ile frajdy może dać prozaiczne ugotowanie herbaty na kuchence! Potem był czas na pokręcenie się po miasteczku, w którym najciekawsza jest ciągnąca się wzdłuż wybrzeża ulica przypominająca scenerię westernów. Główną atrakcją są tu puby, w ilości niewspółmiernie wysokiej do liczby mieszkańców (3 tys.). Ludzie się tu raczej nie spieszą - na co jak na co, ale na puby i łowienie ryb zawsze znajdą czas. Z tym drugim to prawda, której się nie wstydzą – na drzwiach jednego ze sklepów była nawet kartka: „Przepraszam - zamknięte! Poszedłem na ryby!”. (obok)
Całe popołudnie spędziliśmy w kafejce z Internetem – miło po takim czasie zobaczyć co się dzieje w świecie i od kogo mamy e-maile. W międzyczasie Borje zamówił też dla mnie drinka. Chwilę później przybiegł facet żądając pokazania jakiegoś dokumentu tożsamości. Powiedziałam mu, że nie mam, ale niezależnie od wszystkiego, to niestety nijak nie wyglądam na mniej niż 21 lat (to jest właśnie tutejsza granica wieku przy piciu alkoholu). Mimo to pan z zakłopotaną miną jeszcze dłuższą chwilę dociekał czy na pewno nie znajdę jakiegoś dokumentu, bo w przepisach każą mu sprawdzać.
W drodze na jacht zahaczyliśmy jeszcze o pub. Skoro nazywają Nome „Las Vegas Arktyki” to warto było zobaczyć jak się ludziska bawią. Większość to Indianie i Inupiak (Eskimosi) z okolicznych wiosek gdzie nie można kupić alkoholu, bo jest prohibicja. Kiedy przyjeżdżają do Nome godzinami siedzą przy barze i piją z przerwami na pogadaniae z tym kto siedzi obok, ewentualnie zerkanie na ekran telewizora transmitującego rozgrywki futbolu amerykańskiego (jakoś nie mogę pojąć o co w tej grze chodzi). Ponoć nawet kobiety które przyjeżdżają do Nome rodzić, zaraz po wyjściu ze szpitala potrafią pójść się upić. Nie da się ukryć – problem alkoholowy ma tu rzeczywiście wiele osób.
Obok: "Anna" w Nome (obok łodzi poszukiwaczy złota).
* * * *
Z Alaski, po rosyjskich kłopotach...
Jesteśmy już na Alasce, mogę więc na spokojnie opowiedzieć co się stało w Rosji. Dziękuję Pawłowi (mojemu mężowi) za to że w międzyczasie pisał informacje na blogu, o tym co się z nami dzieje. Tak jak Paweł już wcześniej napisał - dziękuję wszystkim którzy byli z nami myślami i obiecywali, że jak trzeba to nas "odbiją". :-) Dziękujemy również za zaangażowanie naszym Konsulom - polskiemu i szwedzkiemu!
Co się zdarzyło na Czukotce, czyli o tym jak nas zatrzymano, postawiono przed sądem, ukarano i wyrzucono z Rosji - czytaj tutaj
* * * *
3 września, 58. dzień wyprawy, zaraz po północy Morze Beringa Pozycja na godzinę 0020: 64 st. 29`N, 167 st. 22`W Ciemność widzę, ciemność…
Na pokładzie czuję się jakbym wpadła do beczki ze smołą – tak czarno. Jedyne jasne punkty w tym mroku to poświata naszych świateł i iskierki fosforyzującego planktonu jaki miga w naszym kilwaterze (chodzi o ślad za rufą). Wiatru ni krztyny, choć to rzeczywiście chyba taka cisza przed burzą, bo Wojtek przysłał kolejne ostrzeżenie przed potężnym sztormem zakończone słowem: „Uciekajcie!”. Pewnie że uciekamy. Do Nome jeszcze 47 mil, czyli poranek powinniśmy witać już w porcie. Co do tej nocy to zdziwiłam się, że już o 9-tej wieczorem, kiedy przejmowałam wachtę, było tak ciemno. Uświadomiłam sobie jednak że przecież płyniemy na wschód, czyli zmieniamy strefy czasowe. W Nome w stosunku do Providenii są +4 godziny. W ciągu ostatnich kilku dni spadliśmy też znacznie na południe (z 67 równoleżnika na 64), dzięki czemu z kolei zrobiło się cieplej. W ciągu dnia termometr wskazywał aż 6 stopni, a jeszcze tydzień temu było zero. Inna sprawa że jest ciepło, bo nie ma chłodnego wiatru. Przy wietrze zupełnie inaczej odczuwa się temperatury.
Powyżej: Współczesna nawigacja, czyli dwa komputery z mapami.
Z innej beczki... Dzisiaj są urodziny mojej Mamy. Oczywiście zadzwonię do Niej z życzeniami. Nie ma ze mną łatwego życia – swoimi wyprawami i pomysłami dostarczam Jej sporo mocnych wrażeń. Kocham Cię Mamo i mam nadzieję, że mnie rozumiesz! :-)
Po godzinnej przerwie…
Niby rzadko tutaj coś pływa, ale czasem się zdarza… Właśnie mijamy się z jakimś statkiem. Przez jakiś czas szliśmy kursem zbieżnym, co zwłaszcza w nocy jest mało przyjemne, bo trudno ocenić odległość. Teraz już ewidentnie się mijamy, ale co posiedziałam sobie na pokładzie z lornetką przy moich krótkowzrocznych oczach, to moje…
* * * * *
2 września powtórnie (bo po Linii Zmiany Daty), 57.dzień wyprawy, przed południem Morze Beringa Pozycja na godzinę 1200: 64 st. 19`N, 169 st. 03`W Ostrzeżenie przed sztormem…
Właśnie skończyliśmy jeść śniadanie, które dzisiaj robił Börje. Już się przyzwyczaiłam do tego jego poridżu, którego początkowo nienawidziłam. Mało tego – niewykluczone że po powrocie do Polski sama zacznę go przyrządzać :-).
Obok: Wschód słońca na Morzu Beringa.
Trochę niepokoi nas barometr, który zaczął raptownie spadać. Jak na razie morze jest podejrzanie spokojne, zero wiatru, więc katujemy nasz silnik. Wiatr rzecz jasna by się przydał, ale nie taki jaki przyszedł w kolejnej prognozie od Wojtka: siła 40 węzłów, fale o wysokości 5 metrów (może wcale nie tak dużo, ale tutaj nie są to przyjemne fale). Morze Beringa znane jest z raptownych, groźnych sztormów, ale na szczęście do Nome mamy już niedaleko. GPS wskazuje, że zostało 100 mil – jeśli będziemy płynąć tak jak teraz, to na rano powinniśmy tam być. Tak na marginesie to w 2007 roku głośna była przeprowadzano tu akcja ratunkowa brytyjskiego, 12-metrowego jachtu „Luck Dragon”. Załogę Amerykanie uratowali, ale jachtu już nie…
W międzyczasie przyszła kolejna porcja smsów. Szczególnie ucieszył mnie ten o moich dawnych harcerzy, bo zdaje się że była spontaniczna „zbiórka” naszej drużyny (36 Warszawska Drużyna Harcerska, o specjalności po części żeglarskiej). Drużyna już nie istnieje, ale ciągle utrzymujemy ze sobą kontakty. Szczepa, Brombek, Bodzio, Sławek, Bogielka i inni – pozdrowienia z morza!
* * * * *
2 sierpnia, wieczorem Morze Beringa Pozycja na godz. 2030: 64 st. 02`N, 172 st. 35`W O tym jak wydłużyć sobie życie o dobę
Za 11 mil (niecałe dwie godziny płynięcia) zamienimy piątek 2 września na czwartek 1 września, czyli „zatrzymamy” czas. Dokładniej: przetniemy Linię Zmiany Dat, która z racji okrążania Czukotki tutaj nie jest wcale południkiem 180-tym, tylko robi półkole – w naszym wypadku wypadnie na 171 stopniu szerokości geograficznej zachodniej. Ponieważ moment ten nastąpi już po nocy, kiedy Börje będzie spał (wachtuje od północy, więc z rozsądku lepiej aby wcześniej pospał), uroczystość zmiany dat zrobiliśmy sobie nieco wcześniej, popijając o zachodzie słońca rosyjskie piwo, o paradoksalnej jak na Morze Beringa nazwie „Baltika”. Swoją drogą jak wczoraj owe piwo kupowaliśmy, dowiedziałam się że jedna z tutejszych kiełbas nazywa się „krakowska”.
Powyżej: Cofamy się z 2 do 1-ego września :-)
Po chwili…
Ale mi się podniósł poziom adrenaliny! Morze gładziutkie, ni krztyny wiatru (ale to chwilowo, bo z smsów Wojtka wynika że nadciąga sztorm, przed którym mamy nadzieję uciec), tak więc prujemy fale Morza Beringa na silniku. Steruje autopilot, który im bardziej na południe, tym lepiej sobie ze swoim powołaniem radzi (pisałam już dlaczego – na północy w pracy przeszkadzała mu bliskość Bieguna Magnetycznego). W tej sytuacji moja rola ogranicza się właściwie tylko do kontrolowania na ekranie komputera czy trzymamy kurs i wyskakiwania co jakiś czas na pokład aby sprawdzić czy coś na nas nie płynie ewentualnie czy my na coś nie wpływamy. Właśnie przed chwilą wyskoczyłam, a tam, tuż przed dziobem, światełko. Na morzu, zwłaszcza w nocy, trudno jest ocenić odległości – światełko wydawało się niemal na wyciągnięcie ręki. Serce mi zamarło, że na tym pustkowiu zaraz się z jakimś okrętem-rodzynkiem zderzymy, no ale bez paniki, wypatruję świateł burtowych, a ich nie ma. Dopiero po dłuższej chwili wpadłam na to, że to moja ulubiona gwiazda (a właściwie –planeta) czyli Wenus, która o tej porze jest bardzo nisko nad widnokręgiem. Swoją drogą niesamowite jak tu szybko wydłuża się noc – jeszcze 2 tygodnie w ogóle nie było ciemności, a teraz o wpół do dziewiątej jest już kompletny mrok.
* * * * * *
2 sierpnia, 56.dzień wyprawy, około 14-tej na wyjściu z Providenii Żegnaj Czukotko!
Trochę przed 12-tą w południe oddaliśmy cumy. Niezależnie od pilnującego nas non-stop, także w nocy, żołnierza (bo jak nam troskliwie wytłumaczono – musi koło nas stać wojsko, bo ludzie są różni, a może ktoś by nam chciał coś ukraść), od rana zajęci byli nami chyba wszyscy tutejsi pogranicznicy. Niewątpliwie z ulgą odetchnęli, kiedy wreszcie wyruszyliśmy. W sumie to poza jednym z oficerów, tym, który sugerował, że jesteśmy szpiegami, pozostałych zdążyliśmy polubić. Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie nawet: „do zobaczenia w milszych okolicznościach”.
Zdjęcie obok: Statek Służby Granicznej "Newa" czeka w Providenii aby nas odprowadzić do granic wód terytorialnych Rosjii.
Ku naszemu zdziwieniu do granic wód terytorialnych odprowadza nas znowu znajoma „Newa”. Nie wiedzieliśmy że jeszcze tu stoi – to jakiś nonsens trzymać specjalnie dla nas tak wielki okręt, który już dwa tygodnie temu miał wymienić na Kamczatce załogę, zamiast wysłać stojący na redzie, również należący do Pogranicznej Służby, mniejszy, a więc bardziej ekonomiczny statek. No ale to nie nasz problem, choć podejrzewam że tęskniący do domu marynarze z „Newy” chętnie by nas z wściekłości udusili. :-)
Tak czy owak cieszę się, że znowu jesteśmy na morzu i że już wkrótce znowu będziemy mogli żeglować jak chcemy. Na razie „Newa” wyznaczyła nam punkt (waypoint) do którego musimy dopłynąć razem, potem mamy drugi punkt do którego płyniemy już sami, a potem już robimy co chcemy, oczywiście uważając, aby nie wpłynąć na wody terytorialne Rosji.
* * * * *
1 sierpnia, wieczorem Providenia Już wolni…
Jesteśmy wykończeni… Dziewięć godzin przesłuchań i spisywania dokumentów wyczerpało nas fizycznie i psychicznie, a mnie jeszcze dodatkowo boli głowa od ciągłego tłumaczenia między rosyjskim a angielskim, z polskim na tranzycie.
Zabrano nas na komisariat pograniczników jeszcze przed południem. Czując, że to jedyna okazja aby zobaczyć coś w mieście rozglądałam się ciekawie, czego efektem była na dzień dobry niezbyt fortunna wpadka. No więc wypatrzyłam coś, co przypominało komin dawnego zakładu przemysłowego. –To ruiny jakiejś fabryki? – wypaliłam bez żadnych złych intencji. Pogranicznik spojrzał na mnie wzrokiem bazyliszka: - Nie, to nasza latarnia morska! Jak najbardziej działająca! – podkreślił z dumą. Ups! Profilaktycznie do końca jazdy już o nic nie pytałam.
Obok: "Anna" w Providenii.
Na komisariacie zrobiono nam kawy, herbaty, poczęstowano ciastkami… Miło, ale nauczyliśmy się już, że takie traktowanie niczego nie oznacza, przynajmniej w przypadku służb administracyjno-mundurowych. Jedyni ludzie, którym rzeczywiście tu można ufać, to prości Czukcze, a owe służby administracyjno-mundurowe to zawsze Rosjanie z głębi kraju, odpowiednio do swojego fachu przeszkoleni.
Właściwie to nie wiem kto z iluś przewijających się przez pokój osób był najważniejszy – za biurkiem jak rozumiem „szefa” co chwila siadał ktoś inny. Zdaniem Börje to taka metoda – zmienność formy wyciągania zeznań, bo jeden oficer wydaje się sympatyczny, inny – groźny… Ja z kolei miałam wrażenie że każdy chce okazać się ważny i mieć swoje „pięć minut”.
Tak czy owak rzeczywiście podejście do naszej sprawy było zróżnicowane. Jeden z oficerów wyraźnie sugerował, że chyba mamy tu jakąś misję szpiegowską – nie rozumiał, że te odludzie może być dla kogokolwiek najnormalniej w świecie interesujące. Inny z kolei, kiedy inni nie słyszeli, życzliwie rzucił mi do ucha: „zwalajcie wszystko na sztorm, bo to według prawa >siła wyższa,”. Nie musieliśmy zwalać, bo rzeczywiście było to zgodne z prawdą.
Tym razem solidnie przygotowaliśmy się do składania zeznań. Ponieważ ogólnie zarzucono nam, że po wyjściu z Peveka nielegalnie przekroczyliśmy granicę wód terytorialnych Rosji, jeszcze wczoraj wieczorem przyszykowaliśmy dowody pokazujące że w ogóle z tych wód nie wyszliśmy, a więc w związku z tym nie mogliśmy ich nielegalnie przekroczyć. Nasze argumenty były nie do zbicia, a Rosjanie nie mogli nam swoich przedstawić dowodów że było tak jak oni twierdzą (w Kanadzie cały czas, ze względów bezpieczeństwo monitorowano nas na radarach i tamtejszy Coast Guard dobrze wiedział, gdzie się znajdujemy, tutaj jednak na taki system chyba nie mają funduszy). W każdym razie udowodniliśmy że zarzut jest bzdurny i już byliśmy pewni zwycięstwa, tyle że… nagle zarzut zmieniono! Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że naszą winą jest nie to że wypłynęliśmy z wód Rosji i na nie znowu wpłynęliśmy, ale że z owych wód w ogóle nie wyszliśmy! Nie wytrzymałam i zapytałam, czy już naszą winę ktoś tam u góry ustalił, a teraz tylko szuka się odpowiedniego paragrafu?
W międzyczasie sprowadzono dla Börje tłumacza – gościa który studiował w Stanach i mówił doskonałym angielskim. Facet reprezentował interesy pograniczków, ale przynajmniej Börje na bieżąco wiedział o czym mowa.
Ciągle nie rozumiemy po co ta cała szopka, ale nawet sami Rosjanie z którymi mieliśmy do czynienia między Pevek a Providenią często sami przyznają, że oni też tego nie pojmują. Mało tego – niektórzy z nich wprost mówią, że wstyd im za to, jak działa prawo w ich kraju. Tłumaczą nam, że wiedzą że przepisy są durne, ale to nie oni je układali. Rozumiem ich, ale nie chodzi o to, by się tylko z czymś zgadzać; jak coś źle działa, tylko próbować to zmieniać, a przy tym mimo wszystko działać zgodnie z własnym sumieniem i pewną logiką. Tyle że tu chyba wciąż ludzie boją się pokazać co myślą, a w wojsku (pogranicznicy to przecież wojsko) niezależnie od tego co się myśli, rozkaz jest rozkazem, którego wykonanie nie podlega dyskusji.
Wracając do naszych zarzutów, tych już zmienionych. Kiedy powiedziano nam, że jakoby naszym błędem było to, że nie wypłynęliśmy od razu poza wody Rosji, trochę mnie poniosło. Nikt nam nie mówił że już, natychmiast mamy wychodzić daleko w morze, bez prawa chowania się w razie czego przy brzegu. Od samego początku, jeszcze w sądzie w Pevek i u kapitana-pogranicznika z Pevek mówiliśmy, że kilkaset mil jakie dzieli nas od Alaski oznacza, że w przypadku małego jachtu i dwuosobowej załogi, ze względów bezpieczeństwa chcielibyśmy płynąć wzdłuż wybrzeża, aby móc się schować w jakiś zatoczkach w razie konieczności odpoczynku czy przeczekania złej pogody („złej” w pojęciu nie tylko sztormu, ale także zupełnie normalnych, ale przedłużających się przeciwnych wiatrów). Zgodzono się z tym, a tymczasem teraz nagle okazuje się, że takiego prawa jednak nie mieliśmy. Poza tym miał przecież z nami płynąć statek Pogranicznoj Służby. Nie nasza wina że warunki w jakie nas wysłano z Peveka, kiedy kazano nam mimo silnego wiatru, wyjść na noc z portu, dla załogi wielkiego statku okazały się zbyt trudne i w końcu nas zgubili. Gdyby poszli z nami, jak powinni, takiej sytuacji by nie było. W odpowiedzi zarzucono Börje, że jako kapitan powinien znać rosyjskie przepisy, nawet jeśli nikt mu o nich tutaj nie powiedział, bo przecież pewnie w szkołach morskich o tym uczą. Pominęłam uwagę, że nie wiem czy w światowych szkołach morskich uczą akurat rosyjskich przepisów, zauważyłam jednak, że to że Börje jest od 30 lat kapitanem swojej „Anny” i pływał po wszystkich oceanach świata, nie oznacza wcale ukończenia szkoły morskiej, bo takiego wymogu nie ma. Tu z kolei pogranicznicy się zdziwili. Nie mogli zrozumieć, że na Zachodzie każdy może ot tak po prostu kupić jacht i być jego kapitanem bez pięciu tuzinów papierów.
Po pierwszej wersji, że czeka nas sąd, zmieniono koncepcję – z sądu zrezygnowano, sprawa miała być rozpatrywana w trybie administracyjnym przez pograniczników. Niby miało być to dla nas dobrze – trudno powiedzieć czy tak było. Z jednej strony sąd to dodatkowy stres, z drugiej – chcieliśmy wyłożyć swoje racje przed jakimś niezależnym organem, a pogranicznicy wiadomo, bezstronni nie będą , bo po tak wielkiej akcji, niezależnie od tego co myślą, ukarać nas muszą. Inna sprawa, że chyba nas rozumieli. Nawet dyskutowali, czy te wpisane nam w Pevek w paszporty zakazy wjazdów do Rosji przez okres 5 lat można jakoś skrócić, ale ostatecznie doszli do wniosku że chyba nie, choć mogą postarać się o to nasze konsulaty w Moskwie.
Wreszcie, około 20-tej ogłoszono decyzję-wyrok. To że trzeba będzie opuścić jak najszybciej wody terytorialne Rosji, tym razem już na dobre, było jasne, pytanie tylko było, jaką karę dostaniemy. Kiedy podsunięto mi papier z informacją o grzywnie w wysokości 500 rubli, nie wierzyłam własnym oczom. Uczulona już po Wyspie Wrangla na liczenie zer, myślałam że chodzi o 5000 rubli, więc trzy razy sprawdziłam (potem Börje mówił, że też tak zrobił). Pięćset rubli to jakieś 17 dolarów! Bez dwóch zdań byliśmy wdzięczni naszym pograniczom z Providenii za taką łagodną karę, choć mimo wszystko nadal nie rozumiemy po co była ta cała szopka z przysyłaniem okrętu, holowaniem, śmigłowcem, wyrzuconymi w błoto tysiącami dolarów.
Niezależnie od otoczki całej sprawy musimy przyznać, że w Providenii traktowano nas naprawdę dobrze. Kiedy zaczęło mi już solidnie z głodu burczeć w brzuchu i zapytałam, czy nie dałoby rady pójść do jakiejś knajpki coś zjeść, kupiono nam na rachunek komisariatu prowiant na kanapki – dobrą kiełbasę, ser, chleb… Z kolei wieczorem, po zakończeniu sprawy, dano nam do dyspozycji samochód (rzecz jasna z kierowcą i opiekunem), dzięki czemu mogliśmy zrobić zakupy, przywieźć paliwo i zatankować wodę do kanistrów.
Teraz przechodzimy kurację odstresowującą, tym bardziej że przy okazji zakupów oprócz takich rzeczy jak jabłka (tutaj już „tylko” w cenie 5 dolarów za kilogram – połowę taniej niż w Pevek), ser żółty czy twaróg (w Stanach takich produktów nie ma) kupiliśmy też butelkę rosyjskiej wódki. Pić w wersji rosyjskiej (ze szklanki, czysty alkohol) wciąż się nie nauczyliśmy, ale drink dobrze nam zrobi!
* * * * * *
1 sierpnia, 55. dzień wyprawy, rano W porcie Providenia Pozycja: 64 st. 25`N, 173 st. 13`W Śniadanie z wielorybem
Do Providenii (na zdjęciu obok) weszliśmy w nocy, wczoraj jakoś tak około 22-ej. Zabrano nam uzbrojonego matrosa, ale kazano stać nadal na linie. Sugerowaliśmy że może lepiej będzie na kotwicy, żeby nas gdzieś nie zniosło, ale powiedziano że nie, bo norweski „RX 2” też tak stał i było dobrze, a poza tym wachtowy ze statku poinformuje nas jeśli coś będzie nie tak. Skoro tak to zeszliśmy pod pokład i już mieliśmy się kłaść spać, ale w celach fizjologicznych Borje musiał wyjść na pokład. Wyszedł i… się zdziwił! „Anna” była niemal przy burcie statku Pogranicznoj Służby, choć nikt nas o tym przez radio nie poinformował! Trochę się zdenerwowaliśmy i zażądaliśmy mimo wszystko stanięcia na kotwicy. Tym razem już się z nami zgodzono – niedługo potem przypłynęła ze statku szalupa i zabrała nam linę i pozwolono odpłynąć na kotwicowisko „tylko niedaleko” – zaznaczając.
Niezależnie od całego zamieszania, miły poranek. Wyspaliśmy się (łaskawie dano nam pospać do 8-mej), a ponieważ jest ładna pogoda, zjedliśmy sobie śniadanie na pokładzie. Główną atrakcją śniadania był: WIELORYB! Pływał sobie w portowej zatoce, blisko brzegu, co chwila wyrzucając fontanny pary. Początkowo myślałam, że biedaczysko się zgubił i teraz nie wie jak wyjść na otwarte morze, ale pogranicznicy z Providenii którzy przypłynęli do nas na łodzi, powiedzieli że szwędające się po portowej zatoce wieloryby to tu sprawa zupełnie normalna.
Po prawej: Oddychającego wieloryba zdradza obłok pary.
Całkiem ładna okolica. Ponieważ wpływaliśmy do Providenii po nocy, poza światłami holującego nas statku nie widzieliśmy kompletnie nic. Dzisiaj rano wystawienie głowy przez luk wejściówki wywołało u mnie okrzyk zachwytu. Sceneria skojarzyła mi się z fiordami Norwegii – góry schodzące do morza. Samo miasto trudno uznać za cud architektury – typowo komunistyczne bloki (na szczęście pomalowane na kolorowo), wszędzie mnóstwo żelastwa, pełne wertepów ulice, no ale to w końcu tutejsza specyfika. Trochę dziwnie wygląda układ osiedli – przedziela je zatoka, którą można wprawdzie okrążyć samochodem, ale to całkiem długa podróż. Tyle że teraz osiedle od strony wschodniej to tylko „miasto duchów”, z blokami bez szyb, zupełnie opuszczone. Jak się dowiedziałam, swego czasu w Providenii samych wojskowych było 40 tysięcy! Teraz wojska tu prawie nie widać, a liczba mieszkańców spadła do 2,5 tysiąca.
Po nocy na kotwicy, teraz już stoimy przy nabrzeżu, o ile można tak nazwać zbutwiały drewniany statek obok złomowiska. Żadnego porządnego pirsu nie ma – najbardziej reprezentacyjne miejsce to pomost przy którym fakt, chciano nas postawić, ale odmówiliśmy z uwagi na wystające metalowe pręty i betonowe bloki, o które byśmy się obcierali.
Jak na razie jest w miarę okej – kontroli jachtu prawie że nie było (skończyło się na kilku standardowych pytaniach o narkotyki, cenne przedmioty, walutę itp.), wstępnie pogadaliśmy o tym, że dzisiaj jeszcze chcą nas postawić przed sądem i kazano czekać… Posprzątaliśmy jacht i grzecznie czekamy…
* * * *
31 sierpnia, 54. dzień wyprawy, rano Cieśnina Beringa Pozycja na godzinę 0700: 65 st.09`N, 171 st. 04`W Skacząca po falach
W nocy mieliśmy wiatr w plecy, teraz mamy przeciwny, co w efekcie powoduje że z gracją skaczemy na falach, przy prędkości 8 węzłów jaką narzucił nam statek wyglądając nieco jak motorówka. Trudno w takich warunkach spać (właśnie patrzę na rozłożone po obu stronach stołu „zwłoki” Börje i naszego przydzielonego do opieki matrosa), ale jest plus – wachtujący nie musi sterować, bo jacht idzie dosłownie „jak po sznurku” (w tej sytuacji powiedzenie brzmi groteskowo, ale pasuje idealnie). Krótko mówiąc – zamiast kiblować przy sterze gdzie co chwila dostaje się falą w twarz, a niezależnie od tego po 5 minutach jest się mokrym od deszczu, siedząc w zejściówce i zerkając przez przeźroczystą owiewkę na linę, mogę postukać w klawiaturę.
Powyżej: Jesteśmy holowani. Na dziobie - pilnujący nasz żołnierz.
Jesteśmy już mocno zmęczeni. Daje nam się we znaki niewyspanie, zmęczenie psychiczne, a do tego przez brak gazu jesteśmy trochę głodni. Nie to, żebyśmy nie mieli co jeść – mamy pod ręką na przykład „łakomki” - ciasteczka otrzymane ze statku pograniczników, ale przydałoby się wreszcie ugotować coś konkretnego. Nawet herbaty nie możemy zrobić, bo zagotowanie wody na kuchence turystycznej na skaczącej na falach łodzi jest mocno skomplikowane (przypomnę – problem w tym, że w czasie sztormu coś się stało z zaworem stojącej na pokładzie butli z gazem, no i gaz wyparował). O drugiej w nocy weszliśmy na chwilę do portu Laurentia (statek pograniczników coś tam musiał zabrać), a że pogranicznicy chcieli od nas pożyczyć papierowe mapy podejściowe do Providenii (dziwne, że nie mają swoich?), przy okazji wysłana w tym celu łódź przywiozła nam wrzątek, o który poprosiłam. Na lądzie jakoś nie doceniałam gorącej wody – teraz dzięki niej mogliśmy się znowu napić herbaty i sprawdzić kolejną potrawę z serii liofilizowanych „Travellunch`ów”. Muszę powiedzieć że liofilizowana żywność (gotowe obiady wymagające jedynie zalania wrzątkiem i poczekania 10 minut) z roku na rok są coraz lepsze. Tym razem padło na paellę z owocami morza i zupę z leśnych grzybów z makaronem. Plusem jest również to, że można jeść te potrawy prosto ze sztywnej torebki, czyli odpada problem zmywania.
Powyżej Travellunch czyli zgodnie z nazwą - liofilizowany obiadek.
Swoistym problemem zrobił się temat toalety. Na płynącym przed nami statku marynarze ciągle mają na nas oko (raczej: lornetkę), tak więc załatwianie się z pokładu stało się nieco krępujące. W nocy nie było problemu, ale za widoku trzeba się nieco nakombinować. Najlepiej sprawdza się współpraca: sternik odkręca nieco jacht, sikający wchodzi maksymalnie za bezanmaszt. My z Börje jakoś szybko się w tej kwestii dograliśmy, ale nasz rosyjski matros miał chyba niezłą zagrychę, co z tym fantem zrobić. Widać było że się wstydzi, ale doprowadzony do ostateczności w końcu nie miał wyboru. Na jego nieszczęście akurat ja stałam za sterem, co zapewne sprawiło mu dodatkowe, tym razem psychiczne katusze.
Po prawej: Ja wachtuję, Borje i Mars śpią na sąsiednich kojach w mesie.
W międzyczasie znowu mieliśmy kilka telefonów i wiele smsów. Teraz też jesteśmy już w stałym kontakcie z konsulami Polski i Szwecji. Ponoć oba kraje już w obronie nas współpracują – poszły odpowiednie noty dyplomatyczne. Z informacji jakie dostaliśmy wiemy, że po dopłynięciu do Providienii grozi nam kolejny sąd. Mam nadzieję że uda nam się udowodnić naszą niewinność. Jedno jest pewne – teraz będziemy dużo ostrożniejsi w podpisywaniu podsuwanych dokumentów i nie damy się tak zmanipulować jak w sądzie w Pevek.
Wieczorem Nie pierwsi…
Dziś zamiast prognozy pogody, której chwilowo nie potrzebujemy, Wojtek Wejer przysłał nam informację o sympatycznych wpisach internautów na portalu gazeta.pl. Dziękujemy wszystkim którzy trzymają za nas kciuki – trochę kiepsko że nie możemy Wam na bieżąco opowiedzieć co się tu dzieje.
Przed rozpoczęciem akcji „holowanie” pytałam czy można skorzystać z Internetu na statku pograniczników, ale odpowiedź była, że nie mają Internetu. Od naszego matrosa jednak wyciągnęłam że mają, no ale w sumie to ich rozumiem. Tutaj ciągle mnóstwo rzeczy jest „tajemnicą wojskową”. Kiedy zapytałam ile osób liczy załoga statku, też odpowiedź była że „tajemnica”. Jeszcze w Pevek pytałam czy moglibyśmy zwiedzić ich statek, ale mojego pytania jakby nikt nie usłyszał. Oczywiście nie omieszkaliśmy się pochwalić, że kanadyjski Coast Guard sam nas zaprosił do zwiedzenia ich okrętu, a przy okazji do zjedzenia obiadu z kapitanem. A co do zwyczajów na rosyjskich statkach to zrobiłam wywiad jaką funkcję na statku ma Denis, przystojniak z którym tak miło mi się rozmawiało w Pevek. Okazało się, że to oficer… polityczny! Ups! Myślałam że w czasach mody na demokrację z takich funkcji (które były na porządku dziennym w komunizmie) już zrezygnowano! Jak widać nie…
Co do naszego matrosa, który ma na imię Mars, to co tu nie mówić - chłopak jest w porządku. Chyba jacht mu się podoba, bo poprosił aby dać mu posterować, co nas bardzo ucieszyło, jako że zawsze to chwila luzu (ponieważ zmienił się wiatr i fala – znowu trzeba stać za sterem) . Ciekawa była rozmowa o przesądach jakie mamy w naszych krajach. Większość z nich jest podobnych, ale z tych morskich ciekawy przykład: u nas unika się wychodzenia w morze w piątek, a w Rosji w poniedziałek! Wymieniliśmy się też zdjęciami – ja dałam Marsowi zdjęcia polarnych niedźwiedzi, od niego z kolei skopiowałam foty z wyciągania na brzeg wieloryba oraz film o Kamczatce. Ponieważ chłopak na Kamczatce mieszka, spontanicznie rzucił słowa zaproszenia. „Przyjeżdżaj…”. Cóż, dziwnie to usłyszeć, jeśli dwa tygodnie wcześniej dostało się wpis w paszporcie z zakazem wjazdu do Rosji przez okres 5 lat…
Nie napisałam że w podobnej jak my sytuacji był 2 lata temu norweski jacht „RX 2”, którego 3-osobowa załoga chciała jako pierwsza w świecie zrobić w ciągu jednego sezonu Przejście Północno-Wschodnie (ponad północną Rosją) i Przejście Północno-Zachodnie (ponad północną Alaską i Kanadą), czyli inaczej mówiąc – pełną pętle wokół bieguna. Jak to tutaj bywa – głównym problemem były dla nich przepisy, no i brak znajomości rosyjskiego. Przepłynęli ponad Rosją przez nikogo nie zatrzymywani (wieść gminna niesie, że w ogóle niezauważeni ) i dopiero w okolicach nieszczęsnego Pevek spotkali się ze statkiem Pogranicznej Służby (notabene tym samym, który nas holuje). Ich jednak nie holowano – pozwolono im płynąć samodzielnie, na silniku, chociaż też mieli na pokładzie matrosa z bronią – tego chłopaka co i my. Kiedy rozmawialiśmy o RX 2” z oficerem ze statku, powiedziałam, że myślę że to jednak zupełnie inna sprawa – oni zdaje się nie mieli żadnych zezwoleń, a my je przecież mamy. Poza tym oni płynęli ponad Rosją dużo dłużej niż my… Odpowiedź jaką mi dano trochę mnie zaskoczyła – paradoksalnie nasza sytuacja zdaniem oficera jest trudniejsza.
Finał sprawy „RX 2” nie był jednak wcale taki zły… Postawiono ich przed sądem i kazano zapłacić karę, która była dużo mniejsza, niż gdyby chcieli wszystko formalnie załatwić i wziąć na pokład rosyjskiego pilota za którego płaci się ponoć 100 dolców dziennie. No ale przez przymusowe siedzenie w Providenii chłopcy już nie mogli ustanowił swojego rekordu. Ich projekt rok później (latem 2010 roku) zrobił jako pierwszy rosyjski jacht „Piotr I”.
* * * * *
30 sierpnia, 53. dzień wyprawy, około południa Na Kole Podbiegunowym Pozycja na 1126: 66 st. 33`33`N Miało być wesoło, a jest – no cóż - przykro…
Straciliśmy oboje radość żeglowania. Nie tak wyobrażaliśmy sobie ten dzień. Dzisiaj – zależnie od teorii albo wraz z przecięciem Linii Kręgu Polarnego, albo wraz z przejściem Cieśniny Beringa, „Anna” zakończyła Przejście Północno-Zachodnie poszerzone o kawałek Północno-Wschodniego. Powód do radości jest, bo w końcu to jeden z najtrudniejszych szlaków żeglarskich świata, który zrobiło do tej pory bardzo niewiele jachtów. W zeszłym roku jak byłam tu na naszym polskim „Solanusie”, chwili tej towarzyszyły szampańskie nastroje, ciasto, rum. Teraz nic z tego nie było (rum wprawdzie jeszcze w wersji szczątkowej jest, ale nie byliśmy w nastroju do jego picia); na to konto był smutek i złość wymieszana z rozżaleniem. Rozumiem w pełni łzy jakie miał w oczach Börje – łzy nie tyle wzruszenia co właśnie rozżalenia. Tyle lat najpierw szykował jacht, a następnie żeglował, aby wreszcie się tu u wejścia na Pacyfik od północy znaleźć, ale liczył, że będzie cieszył się widokiem „Anny” prującej fale pod pełnymi żaglami. Tymczasem prujemy fale przywiązani liną do statku Pogranicznoj Służby, wdychając spaliny z ich silnika opalanego kiepskiej jakości węglem. No i do ta świadomość że jesteśmy zatrzymani, że mamy uzbrojonego człowieka na pokładzie, że nie wiadomo co z nami zrobią…
Powyżej: GPS potwierdza, że jesteśmy na Kole Podbiegunowym.
Tak przy okazji: ciekawe gdzie ten „cyklon” o którym nam wcześniej mówiono i przez który początkowo chciano nas zatrzymać w Enurmino. Jakaś chyba ściema (mapek pogodowych do tej pory nie zobaczyliśmy). Straszono nas sztormem w tym rejonie, a tymczasem nic sztormu nie zapowiada. Nawet barometr stoi jak zamurowany. W prognozach od Wojtka też nic o sztormie nie było.
30 sierpnia, po południu W Cieśninie Beringa Pozycja na godzinę 1610: 66 st. 15`N, 1169 st. 44`W
Teraz po kolei o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Wystartowaliśmy o 5-tej. O 4.30 w rozmowie przez radio ze statkiem przekazałam informację od Börje, że czeka na informację od szwedzkiej ambasady a do tego czasu nie wypłynie, ale odpowiedź była stanowcza i już bez tonu sympatii: nie mamy wyboru, a jak nie będziemy chcieli dobrowolnie wypłynąć, to zostaniemy zabrani siłą, z tą różnicą że skończy się to bardzo źle. Börje wyraził jeszcze zaniepokojenie sposobem przywiązania liny holowniczej, której w razie niebezpieczeństwa nie da się tak po prostu zrzucić, natomiast może wyrwać nam kawał pokładu, ale w tej kwestii usłyszeliśmy że rosyjscy pogranicznicy wiedzą doskonale jak wiązać liny.
Bez rosyjskiego marynarza z ostrą bronią na pokładzie jednak się nie obyliśmy. Co by nie mówić – jest intruzem, bo daje nam poczucie ograniczenia wolności, ale rozumiemy też, że nie jest niczemu winien, służąc w armii wykonuje rozkazy. Traktujemy go mam nadzieję „po ludzku”, a dowodem na to, że chyba ma do nas zaufanie jest to, że po kilku godzinach chodzenia ciągle z karabinem (przy pokonywaniu schodów zejściówki nie jest to wygodny sprzęt) ,odważył się wreszcie karabin zostawić na koi. Ciekawe, po co mu ten karabin? Czyżby się obawiali, że odetniemy linę i czmychniemy na amerykańską stronę? Do granic wód terytorialnych USA mamy przysłowiowy rzut beretem – zaledwie kilka mil, ale i tak nie mielibyśmy szans, bo na statku też są wystawieni żołnierze ciągle nas obserwujący.
Na zdjęciu: Mamy na jachcie nowy sprzęt zostawiony przez pilnującego nas żołnierza.
Bardzo krótką i praktycznie nieprzespaną noc mieliśmy. Ponieważ kiedy tutaj jest noc, w Europie jest dzień, co chwila dzwonił telefon. Od razu, niezwykle poważnie sprawą zajęła się Ambasada Szwecji natomiast w MSZecie telefon awaryjny, na który przełączył mnie pan z sekretariatu głucho milczał. Zadzwoniłam jeszcze do podanego przez Pawła (mojego męża) konsulatu polskiego w Irkucku (bądź co bądź to przecież Syberia), ale Pan Konsul życzliwie poinformował, że to nie jego rejon. Poprosiłam jednak, żeby w związku z naszymi problemami z łącznością, poinformował o sprawie Ambasadę RP – obiecał że to zrobi. Z tą łącznością to naprawdę problem. Dostępu do Internetu nie ma, SPOT (lokalizator satelitarny) szwankuje i z jakiś przyczyn nie podaje naszej pozycji, komórki nie działają, zostaje wiec jedynie Iridium, choć z takiego telefonu satelitarnego rozmawia, bo jest pogłos i ciągle zrywa połączenie, nie mówiąc o wysokich kosztach (także rozmów przychodzących).
Wiem że poszła informacja o naszych problemach na portalach gazeta.pl i tvn24.pl. Dostaliśmy w związku z tym mnóstwo życzliwych smsów od znajomych i zupełnie nieznajomych, którzy wspierają nas na duchu, piszą że trzymają kciuki i życzą szczęśliwego załatwienia sprawy. Dzięki wszystkim – nie ukrywam że czujemy się na tym końcu świata trochę osamotnieni, a dzięki takim ciepłym słowom, jest po prostu łatwiej.
* * * * *
29 sierpnia, 52. dzień wyprawy, godzina 1420 Znowu problemy!
Od kilku godzin znowu mamy obstawę – znajomy już nam z Pevek statek pograniczników – „Newa”. Byli już ponad 100 mil przed nami, w drodze do macierzystego Pietropawłowska Kamczackiego i dostali rozkaz aby po nas wrócić. My z kolei szykowaliśmy się do wypłynięcia, stwierdzając że jest dobry wiatr więc choćby i żeglując w nocy – warto się zbierać, a tu nagle przypłynęła łódka z czukczeńskim rybakiem, który przekazał informację od Siergieja – tego sympatycznego (? teraz to już nie wiem czy sympatycznego) szefa lokalnej administracji, żebyśmy nie wypływali, bo rano przyleci w naszej sprawie… helikopter. Nie powiem, trochę się zdenerwowaliśmy. W końcu wywołałam Siergieja przez radio, aby zapytać o co chodzi, no ale że był problem z łącznością (przypadek czy Siergiej unikał kontaktu?), w związku z czym jakiś damski głos w zastępstwie poinformował że jutro wszystko nam pogranicznicy wyjaśnią, ale jest już zmiana wersji, to znaczy zamiast helikoptera przypłynie statek stojący w Uelen. Uelen jest po drodze, tak więc zaproponowałam, że może my do tego całego Uelen sami dopłyniemy i tam dowiemy się co i jak, ale odpowiedź była krótka: mamy czekać.
Powyżej: "Newa", czyli statek, który dostał rozkaz holowania nas przez 250 mil (prawie 500 km).
Statek przypłynął dzisiaj około 10-tej i zacumował kilka kabli (kabel to morska miara długości – 1 kabel = 185.2 metra) od nas, a godzinę później mieliśmy na pokładzie dwóch jego oficerów. Szczerze mówiąc mile nas zaskoczyli, bo spodziewaliśmy się całej ekipy przewracającej jacht do góry nogami w poszukiwaniu Bóg wie czego, a tymczasem Paweł i Siergiej okazali się chłopakami naprawdę w porządku, a przy tym kulturalnymi i wzbudzającymi sympatię. Przejrzeli dokumenty, wysłuchali tego co mamy do powiedzenia (wreszcie ktoś chciał nas „wysłuchać ze zrozumieniem”) i zaproponowali żeby podpłynąć do nich i stanąć „Anną” burta w burtę (na zdjęciu obok). Tak też zrobiliśmy, no i stoimy, jak to mówią żeglarze alongside. „Newa” niczym zabetonowana, w ogóle się nie kiwa, „Anną” trochę buja, ale jest okej.
Tak czy owak – czekamy na jakąkolwiek informację o co w ogóle chodzi, bo ciągle nie wiemy… Żeby nie marnować czasu wciągnęłam Börje na maszt, żeby zamontował naprawione już światło topowe. Przy okazji mógł sobie popatrzeć na pokład statku Pogranicznej Służby, bo ja widzę tylko jego burty tuż przy linii wodnej :-).
10 minut później…
Krąży nad nami helikopter wojskowy. Czyżby i jego ściągnięto do zajmowania się małym, turystycznym jachtem?
Dwie godziny później…
Rozmawialiśmy z Börje, że „pogranicznicy” a „pogranicznicy” to jednak ogromna różnica. Ciągle mamy w pamięci kapitana z Pevek który przywołuje u nas traumatyczne przeżycia. Marynarze z „Newy” to jego zupełne przeciwieństwo – bardzo uczynni i pomocni. Właśnie jesteśmy po akcji zaopatrzenia nas w wodę, dostaliśmy też 30 butelek mineralki, ileś kartonów mleka i soków, a na osłodę życia – dwa kartony ciasteczek. Wszystko z uśmiechem, dobrym słowem. Kolejny przykład tego że ludzie morza zawsze się zrozumieją.
Wieczorem…
Pozwolono nam wrócić do zatoczki „przy polarce” (stacji polarnej), czyli znowu kotwiczymy tu gdzie wczoraj. Niestety jutro też będziemy tu kiblować, bo jak nam powiedziano, jest ostrzeżenie przed „cyklonem” który ma nadejść jutro z południowego-wschodu, a ta zatoczka akurat dobrze przed nim strzeże.
Ustalenia są następujące: jak tylko wiatr odpuści, pogranicznicy muszą odstawić nas do Providenii, a chcą to zrobić ciągnąc nas na holu. Takich doświadczeń jeszcze nie mieliśmy. Coś tam wspomniano o kimś od nich kto płynął by z nami – powiedzieliśmy, że nie ma takiej potrzeby, poradzimy sobie sami.
Zdjęcie obok: Jeszcze raz nasza obstawa, tym razem o zachodzie słońca.
Z innych spraw to postanowiliśmy część zapasów otrzymanych dzisiaj ze statku Pogranicznoj Służby oddać czukczeńskiej rodzinie mieszkającej na stacji polarnej. Jutro zawieziemy im mleko, soki, ciastka i witaminy plus różne inne medykamenty z naszej apteczki (plastry, bandaże), ale widząc już teraz czukczeńskie dzieciaki siedzące na brzegu i przyjaźnie do nas machające, wzięliśmy worek na śmieci, włożyliśmy do niego kilka paczek ciastek, nadmuchaliśmy by we wnętrzu było powietrze i wrzuciliśmy na wodę, licząc że fale zniosą przesyłkę na pobliską plażę. Niestety prąd zniósł paczkę na skały, co sprawiło że zaczęliśmy się poważnie bać, czy nie narażamy dzieciaki na niebezpieczeństwo, bo oczywiście zaciekawione tajemniczą paczką postanowiły za wszelką cenę przesyłkę złapać. Trochę to trwało, ale widzieliśmy przez lornetkę, że się udało. Potem krzyczały podziękowania!
[PS. Niestety, wydarzenia następnego dnia sprawiły, że mimo dobrych chęci nie udało nam się już doręczyć planowanej większej paczki. Szkoda!]
Późnym wieczorem Niepożądani goście
Powtórka z rozrywki – podobnie jak w Pevek nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji, na gorszą niestety. Może jestem za bardzo naiwna – zakładam że ludzie mają dobre zamiary, ale potem nagle okazuje się, że przynajmniej w tym kraju nie wiadomo komu można wierzyć, więc może lepiej byłoby od razu wykazywać się podejrzliwością. Nie jestem pewna czy te dobre gesty na początku, uśmiechy, wyrazy sympatii i zrozumienia to nie rodzaj podstępnej gry w celu „zmiękczenia przeciwnika”.
Właśnie kończyliśmy z Börje kolację – rybę którą dostaliśmy od kolegi-Czukczy, kiedy głos w radiotelefonie poinformował nas, że wkrótce popłynie do nas łódź z prognozą pogody. Zdziwiłam się tą uczynnością, ale uznałam że to miłe, że ktoś fatyguje się by po zmroku spuszczać szalupę i płynąć do nas z prozaiczną mapka synoptyczną, więc w ramach rewanżu wypaliłam od razu z zaproszeniem na herbatę. Spontanicznej radości z zaproszenia nie usłyszałam, ale zrzuciłam to na karb wojskowej oficjalności…
Minęło 40 minut, łódź rzeczywiście podpłynęła. To co było potem mocno nas zszokowało. Nagle na pokładzie pojawiło się mnóstwo ludzi, jakaś lina, na rufie stanęło dwóch uzbrojonych żołnierzy. Mniejsza o szczegóły – Börje był wściekły, że ktoś nagle wskakuje na jego jacht bez choćby grzecznościowego zapytania czy można, po czym bez wyjaśniania szczegółów, nagle się na nim szarogęsi. Ja też nie powiem – byłam zdenerwowana, a z wrażenia nie byłam w stanie rozmów tłumaczyć, bo myliły mi się języki. Żadnych mapek pogody nie dostaliśmy, za to na pokładzie bez uzgodnienia z Börje pojawiła się długa lina holownicza. Najbardziej jednak wkurzyli nas ci żołnierze z bronią z poważnymi, srogimi minami stojący na rufie. Nie było wiadomo o co chodzi, dlaczego ta lina już teraz, bo przecież następnego dnia mieliśmy w zatoczce czekać na lepszą pogodę…
W końcu jednak nas poinformowano, że już, teraz, za chwilę, mamy wychodzić w morze. Odmówiliśmy, zgodnie z prawdą tłumacząc, że musimy skontaktować się naszymi przedstawicielstwami dyplomatycznymi, a poza tym musimy przygotować jacht do wypłynięcia, tym bardziej skoro sami pogranicznicy straszą jakimś „cyklonem”. Oprócz tego najnormalniej musimy chwilę się przespać. Stwierdzono, że ok, pogranicznicy pójdą nam na rękę, to znaczy wypłyniemy o 3.30. Po długich pertraktacjach stanęło na 5-tej.
Ciągle nie możemy zrozumieć, dlaczego nas tak traktują? Po cholerę ściągali ten wielki statek – w końcu jesteśmy tylko małym jachtem, o bardzo prostym wyposażeniu, z typowo turystycznym celem pobytu. Jeden z oficerów na nasze niezmienne pytanie o co w tym wszystkich chodzi stwierdził krótko: wyższa polityka…
* * * * * *
28 sierpnia, 51. dzień wyprawy, po południu Zatoka przy Przylądku Netten – II dzień
Właśnie wróciliśmy z dość długiego trekingu po miejscowych wzgórzach. Na początku przeszliśmy się plażą na której wyraźnie widać odciśnięte tropy niedźwiedzicy z młodym. Lokalesi mówią, że przychodzą każdej nocy aby posilić się mięsem wyrzuconych tu na brzeg wielorybów. W ciągu dnia wieloryby rozdziobują ptaki – wielkie mewy. Taki zwierzęcy „szwedzki stół” (tak na marginesie to Szwedzi nie znają takiego określenia :- ). W jednym z wielorybów widać też dziurę wyraźnie wyciętą przez ludzi. Pewnie brali mięso dla psów, bo sami zabitych przez naturę zwierząt nie jedzą, twierdząc że to mięso niezjadliwe. Zjadliwe jest jedynie te ze świeżo upolowanych zwierząt.
Smutno wygląda nieżywy wieloryb, dumne, wielkie, a zarazem bardzo mądre zwierzę, które zginęło wyrzucone przez fale na brzeg. Takie są jednak prawa natury – błąd wpłynięcia na za płytką wodę kosztuje ich życie.
Fot. powyżej: wieloryb wyrzucony na brzeg i podjadany przez niedźwiedzie.
Ze względu na ryzyko spotkań z niedźwiedziami których w okolicy trochę jest (dzień wcześniej jeden krążył przy wiosce), zabraliśmy ze sobą rakiety i otrzymany na Wyspie Wrangla gaz pieprzowy. Ja miałam jeszcze dodatkową broń – kijki trekingowe, ale jak się potem dowiedziałam od Czukczów – kije odstraszają niedźwiedzie polarne, a nie brunatne, które grasują tutaj. Broni jednak nie braliśmy –ponoć rakiety powinny wystarczyć. Co do używania broni to nikt z Czukczów niedźwiedzia brunatnego nie zabije – szanuje się go jako myśliwego, a co najważniejsze - wierzy się, że pod taką postacią występują przodkowie czukczeńskich myśliwych. Co innego niedźwiedź polarny – na nie się poluje, a właściwie to polowano, bo teraz zabraniają tego przepisy. Miejscowi twierdzą, że ten zakaz to efekt ”osobistego PRu” aktualnego prezydenta Rosji, który ma przecież na nazwisko: Miedwiediew, czyli „niedźwiedź” i to właśnie zwierzę ma też w swoim rodowym herbie. Zupełnie poważnie to mówią, choć myślę, że to jednak efekt plotki-dowcipu,, a w rzeczywistości chodzi o obwarowaną międzynarodowymi podpisami ochronę gatunku.
Zdjęcie po prawej: tak wygląda rakieta wykorzystywana na jachtach przy wzywaniu pomocy, a na lądzie na przykład do odstraszenia niedźwiedzia.
Pytałam miejscowych czy się boją niedźwiedzi. Odpowiedzi były skrajnie różne. Od takich „Nie, nie ma czego” po szczere „Jasne że tak”. Jedna z dziewczyn na moje dociekania jak zabezpiecza się przed niedźwiedziami, odpowiedziała zupełnie naturalnie: -Mam nadzieję, że ich nie spotkam! Skutecznym sposobem jest na pewno zabieranie ze sobą psa, zwłaszcza takiego wytrenowanego specjalnie na spotkania z niedźwiedziami.
Na zdjęciu obok: tropy niedźwiedzicy z młodym odciśnięte na plaży.
Z drugiej strony brunatne miśki jeszcze w tej okolicy nikogo nie zjadły (-Mamy z nimi pakt – my im schodzimy z drogi, one nam! – mówił Saszka). Ale nie jest do końca tak, że nie gustują w ludzkim mięsie. Ponoć tego lata zżarły kogoś w okolicach Laurentii (miejscowość trochę bardziej na południe).Znaleziono tylko quada którym facet jechał i szczątki nieszczęśnika. Kilka dni temu niedźwiedź (ale to już polarny) zjadł kogoś na Przylądku Schmidta (niedawno tam przepływaliśmy).
Tak czy owak miśków nie lekceważyliśmy i uważnie obserwowaliśmy okolicę. Rozpraszały nas jedynie moroszki, których tutaj też jest pełno – spotkaliśmy zresztą sporo ludzi którzy z wiadrami wyszli na ich zbieranie. Tym razem nic nie uzbieraliśmy na jacht – zadowalaliśmy się degustacją na miejscu, prosto z krzaka. Z ciekawostek – były na trawie (a wcześniej na plaży) ślady sani od psich zaprzęgów! Zimą to tutaj powszechny środek transportu, ale latem też się ich używa. Sposób zaprzęgu jest taki jak w Europie, czyli w „jodełkę” (piszę o tym, bo na przykład Inuici grenlandzcy zaprzęgają psy w „parasol” czy inaczej mówiąc w „spadochron”).
Już po powrocie na jacht dowiedzieliśmy się, że na szczytach dwóch z miejscowych wzgórz, na które akurat nie weszliśmy, pośród skał, leżą ludzkie czaszki będące pozostałością po tradycyjnym pochówku stosowanym przez Czukczów w minionych wiekach. Zmarłych układano tam rozcinając im piersi i nacinając żyły na udach, co zwabiało ptaki i zwierzęta obgryzające mięso. W naturalny sposób po kilku dniach pozostawały tylko kości…
Kończę, bo zaraz ma przypłynąć w gości czukczeńska rodzina u której byliśmy wczoraj na kolacji…
28 sierpnia, wieczorem Wielka kita!
Börje popłynął odwieźć „naszego” Czukczę który wraz z rodziną nas odwiedził (rodzina wróciła wcześniej) i wrócił z wielką kitą! Ma pewnie z metr! Oczywiście kita, nie Börje. Kita to jedna z tutejszych ryb, tak jak większość tych, z którymi mamy do czynienia – z rodziny łososiowatych. Nasz kolega-Czukcza mówił żeby z mięsa usmażyć kotlety, a kawior zalać soloną wodą, ale jak się okazało to jednak samiec nie samica, czyli kawioru nie budiet (wcale nie żałujemy, bo żadne z nas za kawiorem nie przepada). W każdym razie teraz, mimo późnej już pory, Börje szaleje z nożem po pokładzie i tnie kitę na kawałki.
Fot. obok: Borje z kitą.
Nazwy „kita” nie należy mylić z „kit”, bo to dla odmiany wieloryb! A tak w ogóle to jest takie tutejsze powiedzenie, jeśli nalewają nam alkoholu i chcemy powiedzieć że tylko troszeczkę, tak malutko. Można rzecz jasna po rosyjsku powiedzieć: „ciut-ciut”, ale lepiej po czukocku: „kit-kit”. Ponoć czasem Czukcze lubią żartować z Rosjan którzy słysząc to, nie łapią o co chodzi. Mówią wtedy, że „kit-kit” to inaczej „dwa kita” czyli dosłownie: „dwa wieloryby”. Taka gra słów…
A tak w ogóle to zapytałam naszego kolegę-Czukczę (zapytałam pod koniec pół litrówki rosyjskiej wódki – wcześniej się nie odważyłam) jak Czukcze reagują na kawały jakie się o nich opowiada. Stwierdził, że wcale się nie obrażają… Rozmawialiśmy też, że kawały są często zupełnie nieaktualne. Choćby takie jarangi – tradycyjne domy. W kawałach ciągle figurują, a w rzeczywistości poza tak zwanymi tundrownikami (Czukczami żyjącymi w głębokiej tundrze), już nikt w nich nie mieszka. Współczesny Czukcza mieszka w zwykłym domu, chodzi z komórką i ewentualnie jeszcze z radiem do łączności, a o jarandze młode pokolenie co najwyżej słyszało od dziadków. Coraz częściej młode pokolenie nawet po czukczeńsku nie mówi (starsi owszem, tak). Muszę przyznać, że strasznie trudny to język, bo sporo jest gardłowych głosek. Może dla przykładu kilka słówek, dla uproszczenia z zapisem fonetycznym: - dzień dobry jetti - do widzenia attaw - poczekaj ew-ew - dobrze jekajym - na zdrowie! (przy wódce) nymeśl-eł-kytwarkynietyk (jeju! strasznie trudne!)
Zdjęcie obok: z naszym miejscowym kolegą, Kimem-Czukczą.
I na zakończenie – nauczyłam się całować po czukczeńsku! Nie ma w tym przypadku żadnego cmoknięcia – jest jedynie dotknięcie policzka nosem i lekkie wciągnięcie powietrza. Co kraj to obyczaj!
* * * * * *
27 sierpnia, 50. dzień wyprawy, wieczorem Zatoka przy Przylądku Netten
Nie wiem od czego zacząć – tyle się dzisiaj działo. Jedno jest pewne: jutro kac murowany, bo bez wódki tu się po prostu nie da. Z drugiej strony w ciągu dzisiejszego dnia dowiedziałam się więcej o życiu na Czukotce niż w ciągu całego pobytu, utwierdzając się przy okazji w przekonaniu, że co jak co, ale ludzie tu wyjątkowi.
Zaczęło się od niezwykłej pobudki. Zamierzałam spać do oporu, czyli odespać zarwaną noc nie ustawiając budzika, a tymczasem około 7-mej obudził mnie Börje oznajmiając że muszę wyjść na pokład, bo ktoś tam podpłynął. Myśląc „ktoś tam” oczekiwałam pograniczników, tudzież jakiegoś oficjela, a tymczasem kiedy wygramoliłam się na pokład ujrzałam otaczające „Annę” łodzie wypełnione tłumem lokalesów (w tym kobiety i dzieci ). Zaciekawione nami twarze lustrujące mnie 20-30 parami oczu milczały – rozmowę prowadził jedynie młody chłopak o imieniu Aleksander, czyli inaczej Sasza. Potem się okazało, że część tych ludzi nawet nie zna dobrze rosyjskiego – ciągle w użyciu jest tu język czukczeński, który nijak ma się do innych znanych mi języków.
Fot. wyżej: wycieczka Czukczów chcących zobaczyć nasz jacht. Poniżej - jedna z mieszkanek Enumino.
Po pewnym czasie łodzie z lokalesami odpłynęły, a został tylko Sasza z Griegorijem pracujący jako zawodowi myśliwi. W zacieśnianiu stosunków międzynarodowych, jak to w Rosji, pomogła wódka, a dokładniej resztki kanadyjskiego alkoholu o nazwie „Polar”, z białym niedźwiedziem na butelce. Tutaj alkohol to dobro wybitnie luksusowe, bo w miejscowym sklepie zakończyła się licencja na jego sprzedaż, w związku z czym niesprzedane dotąd zapasy zostały przez policję zaplombowane. Pojedyncze sztuki odplombować się rzecz jasna da :-) , przy czym narzut za tę oczywiście nielegalną czynność wynosi 100 procent (normalna cena butelki to przeciętnie 250 rubli, czyli 9 dolców, ale w opisywanej sytuacji cena skacze do 500 rubli). Jak się dowiedzieliśmy dostawcami alkoholu są przypływające tu statki, na których są całe „fabryki-destylarnie”. Spirytus jest jednak różnej jakości – taki po którym się ślepnie wcale nie należy ponoć do rzadkości.
Zawartość butelki sprawiła że nasi goście coraz chętniej opowiadali o tutejszym życiu. Za Związku Radzieckiego była tu jeszcze jakaś produkcja – między innymi szyto ubrania ze skór. Teraz tutejsi ludzie zdani są sami na siebie, a dokładniej jak podkreślał Sasza – na grupę zawodowych myśliwych którzy zapewniają im jedzenie w postaci morsów, fok i wielorybów (niezależnie od tych łowów każdy ma też to, co sam złowi, zbierze lub upoluje w tundrze).
Wioska ma przyznany limit 6 wielorybów rocznie – dwa z nich już wykorzystała. Na polowanie na wieloryba wypływa 5 łodzi, na każdej z nich po 6 osób, czyli w sumie 30, a reszta mieszkańców czeka w napięciu czy im się uda, bo poniekąd od tego zależy jak będzie z prowiantem na zimę (mięso upolowanej zdobyczy dzieli się na wszystkich mieszkańców, choć najlepszy kawałek przypada temu, któremu celnie wbił harpun). W przeciwieństwie do Eskimosów z Alaski, tutaj w polowaniach na wieloryby nie uczestniczą kobiety.
Szasza opowiadał jak kiedyś cudem uniknął śmierci, kiedy wraz z drugim kumplem już wbili śmiertelny harpun w ciało walenia, ale nie wiedzieli że to matka z młodym. Zdenerwowany maluch podbił grzbietem i wywrócił łódź, wyrzucając chłopców do morza. Oczywiście w tej sytuacji myśliwi wypuścili linę od harpuna – wielorybia samica pewnie przepłynęła jeszcze jakiś dystans i utonęła (bo wieloryby jako ssaki nie mogąc zaczerpnąć powietrza, toną). Co się stało z osieroconym młodym – nie wiadomo. Tak czy owak niefortunni myśliwi ledwie uszli z życiem.
Drugi raz, kiedy Sasza omal nie stracił życia wydarzył się pod koniec ubiegłego roku, kiedy wraz z kilkoma myśliwymi pojechali psim zaprzęgiem do innego osiedla w tundrze. W drodze powrotnej do domu zaskoczyła ich burza śnieżna. Mieli ze sobą namiot, ale tak wiało, że nie byli w stanie go rozstawić. Pechowcy przeleżeli pod śniegiem, bez wody i jedzenia przez ponad tydzień – dopiero wtedy znalazła ich uruchomiona w międzyczasie ekipa ratunkowa. Jedna osoba zamarzła, zginęły też psy, a co do uratowanych, to odwodnionych i wyziębionych zabrano ich helikopterem do szpitala. Przykrą pamiątką tego wydarzenia u wszystkich z nich są odmrożone stopy, przy których potracili palce. Widać że dla Saszy było to bardzo traumatyczne przeżycie – trudno się dziwić!
Na zdjęciu obok: Saszka pokazuje Borje lokalną wersję sanek.
Po którejś tam szklance z wódką (bo tu naprawdę pije się nie na kieliszki, ale na szklanki) Sasza ośmielił się zapytać czy nie moglibyśmy mu dać trochę parcianej taśmy którą mamy na jachcie nawiniętą na wielkie bębny. Oczywiście dostał – ponoć potrzebne mu to do psiego zaprzęgu [następnego dnia kolejną porcją taśmy, również do zaprzęgu, uszczęśliwiliśmy innego Czukczę]. Jeśli ktoś będzie wybierał się w te strony to w ramach mile widzianych przez lokalesów prezentów sugeruję: wódkę (ile by jej nie było i tak pewnie jej zabraknie), duże ilości papierosów (najlepiej zachodnich), rakiety – takie do odpalenia (dosłownie wszyscy o nie pytają), taśmy do zaprzęgów, słodycze dla dzieciaków (tu ich nie dostaniemy) albo jeszcze lepiej – owoce w puszkach (my daliśmy brzoskwinie, z których się bardzo ucieszono).
Wracając do tego co było dalej… W końcu Sasza zabrał nas swoją łodzią do wioski. „Anną” byłoby tam trudno zakotwiczyć, nie mówiąc o tym że fala przyboju mogłaby uniemożliwić przedostanie się pontonem na brzeg. Miejscowa łódka była jedyną możliwością. Wioska jak wioska – czułam się trochę jak na Ukrainie. Asfaltu nie ma, ale to akurat w Arktyce normalne (w północnej Kanadzie czy na Alasce też go brak). Najbardziej rzucającym się w oczy obiektem jest szkoła – z wyglądu bardzo nowoczesna, nieco futurystyczna, mocno kontrastująca z rozpadającymi się innymi chałupami. Co do szkoły, to uczy się w niej niewiele ponad 30 dzieciaków – są w niej jedynie trzy pierwsze klasy plus przedszkole. Starsze dzieci wywozi się do szkół w miastach oddalonych o setki kilometrów, gdzie mieszkają w internatach.
Fot. powyżej: Ulica Sowietska w Enurmino.
Główna ulica wioski nazywa się „Sowietska” (!). Na jej końcu wznosi się wysoka wieża, kojarząca się z wieżyczkami dla strażników w obozach, choć ta ponoć służyła dawniej pogranicznikom, a teraz stoi niewykorzystana. Nie ma w wiosce cerkwi, żadnej knajpki, właściwie to poza sklepem nie ma nic. W sklepie – puchy – w przenośnie i dosłownie bo z owych puch to są szproty i tuszonka. Jest jeszcze chleb i kilka dóbr luksusowych, na które miejscowych ze względu na ceny po prostu nie stać: pasta do zębów Colgate, proszek Omo i herbata Earl Gray – wersja oryginalna, sprowadzona z Anglii. Chcieliśmy kupić jakieś słodycze, choćby cukierki dla dzieciaków, ale nic w tym stylu nie było. Tłumaczono nam, że czekają na statek z zaopatrzeniem. Właściwie to statek już nawet przypłynął, ale że był sztorm to nie mógł podejść i popłynął dalej.
Co do sztormu to nie przypuszczaliśmy, że to takie wielkie sztormisko było. Nam się dał we znaki, bo nas zaskoczył, a poza tym jesteśmy małą jednostką. Tymczasem okazuje się, że nawet wielkie statki, które odebrały ostrzeżenia o zbliżającym się sztormie, miały duże problemy. Jeden z nich zgubił przy tej okazji część swojego ładunku, z innego zsunęła się wielka barka do przewożenia towarów z kotwicowiska na brzeg. Słuchając opowieści lokalesów mam wrażenie że było znacznie gorzej niż my to oceniliśmy.
W drodze do domu Saszy, gdzie mieliśmy poznać jego rodzinę, zahaczyliśmy o posterunek milicji. To znaczy tak bardzo nie pałaliśmy chęcią, by tam wstąpić, ale dla Saszki było oczywiste, że musimy się tam pokazać, tym bardziej że Sasza liczył chyba że jako cudzoziemcy dostaniemy zezwolenie na kupno wódki ( i się z nim podzielimy). Potem kiedy już siedzieliśmy za stołem zastawionym rybą, moroszką (dostaliśmy na drogą trochę tego i tego) i domowym ciastem (rzecz jasna to już nie na posterunku tylko u Saszki), zadzwonił telefon że musimy się jeszcze zameldować u szefa miejscowej administracji. Facet okazał się bardzo miły – nim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć wyciągnął butelkę oryginalnego Jacka Gordona, rozlał raz i drugi, a kiedy pierwsze lody zostały przełamane zaprowadził do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego żonę – Nataszę. Sympatyczne małżeństwo – oczywiście jak to ludzie z administracji - nie miejscowi, ale Rosjanie z głębi Rosji (oni akurat z Omska). Przy barszczu (w Rosji „barszcz” oznacza kapuśniak) i wszechobecnej tu moroszce, o wódce nie wspominając, bo to w tym kraju oczywiste, spędziliśmy całe popołudnie, które byłoby bardzo miłe, gdyby nie ileś telefonów od pogranicznej służby, jakie w międzyczasie odebrał gospodarz, a które nic dobrego nie wróżyły. Powrót na jacht był nieco kłopotliwy, bo Saszka był już na tyle wstawiony, że się przewracał, co sugerowało, że może mieć problemy z prowadzeniem łodzi. Tak też zresztą było – najpierw chciał nas zawieźć w zupełnie przeciwną stronę, potem kilka razy prawie łódki nie wywrócił.
Na koniec dnia, już na naszym pontonie, przeprawiliśmy się z Börje na „polarkę”, jak tutaj nazywają resztki dawnej stacji polarnej. Resztki, bo stacja wybudowana w latach 50-tych lata świetności ma już dawno za sobą. W każdym razie nie ma na niej naukowców, a w dość zaniedbanych budynkach mieszka jedna rodzina, której głową jest młody Czukcza o iminiu Kim. Od razu jak nas zobaczył dobijających pontonem do brzegu, wyszedł do nas i z miejsca zaprosił do domu na kolację. W domu, w ciasnej izbie czekały dzieciaki, żona i matka -kobieta ponad 70-letnia. Światła nie mają (w ogóle nie mają prądu), wody bieżącej też nie (korzystają wyłącznie z deszczówki), pożywienie to latem ryby, a zimą mięso morsów i wielorybów. Ponieważ w rozmowie wyszło mimochodem, że zimą maluchy mają awitaminozę, obiecałam, że dostaną od nas tabletki-wiaminy. Dostaliśmy od firmy Super-pharm spory zapas tabletek „Centrum”, ale jest ich dużo więcej niż potrzebujemy, tak więc dobrze, jeśli będą służyć czukczeńskim dzieciom.
Powyżej: Takimi łodziami wypływa się i na ryby, i na morsy.
Po kolacji (smażona ryba z chlebem krojonym tradycyjnym nożem eskimoskim) nasz znajomy pochwalił się tym co ma w mieszkaniu. Pewnym zaskoczeniem w mieszkaniu była szafa, w której Kim ustawił fotografie Lenina i Stalina! Taki niby ołtarzyk. Kiedy wyraziłam zainteresowanie i dopytywałam się, czy to taka jego inicjatywa, czy ktoś mu kazał, z dumą przyznał się, że jak najbardziej jego i jeszcze chciał dostawić Marxa i Engelsa, ale niestety się nie udało (podejrzewam, że po prostu nie miał ich fotografii). Z drugiej strony wiem też, że w wiosce żadnych pomników wymienionych panów nie było. Przed powrotem na jacht zostaliśmy przez żonę Kima obdarowani moroszką… Wcześniej też dostaliśmy jej zapas – od mamy Saszki. Teraz robimy powidła…
Jak Amundsen zaadadoptował małą Czukczenkę
Fot.obok: w tej zatoczce co i my prawdopodobnie zimował niegdyś jacht "Maud" Amundsena.
Z różnych źródeł wiemy, że przy wiosce Enurmino, czyli tej przy której teraz jesteśmy, jedną z zim swojego wieloletniego rejsu w latach 20-tych XX wieku, spędził jacht „Maud” Amundsena (tego samego Amundsena, który był pierwszym zdobywcą bieguna południowego). Coś nam się wydaje, że stali w tej samej zatoczce co i my, bo przy samej wiosce warunki są gorsze. Ponieważ mam na jachcie książkę o Amundsenie, przytoczę ciekawy i wzruszający fragment związany z kontaktami Wielkiego Polarnika z tutejszymi Czukczami:
„W zatoce Sierdce-Kamień niewielka gromada tubylców, Czukczów, żyjąca na brzegu w trzech nędznych jarangach, które przypominały z daleka czapki borowików-olbrzymów, powitała z entuzjazmem niespodziewanych przybyszów. (…) Amundsen często korzystał z ich pomocy. (…) Jeden z nich, imieniem Kakot, stał się niemal członkiem załogi „Maud”. Za łyżkę strawy wykonywał każdą pracę zręcznie i szybko. Pewnego dnia wzburzony kucharz wpadł do kabiny dowódcy. - Kapitanie, Kakot uciekł, zabrał z kuchni worek żywności! Amundsen nie dowierzał własnym uszom. - Żywność nieważna, mamy jej pod dostatkiem, ale czemu tak postąpił? Dałbym sobie za niego rękę uciąć. Minęło kilka dni. Szalała zadymka, kiedy młody Czukcza powrócił na pokład „Maud”. Nie otrzepując śniegu z ubrania, jak to zazwyczaj czynił, stanął na progu messy. Jego śniada, płaska twarz wyrażała rozpacz. Bez słowa rozchylił poły futrzanego ubrania. Spod szmat i strzępów skór wyjrzały ogromne, czarne, pełne przerażenia oczy. Kakot nie był sam, przyniósł ze sobą małe, wychudzone jak szkielet dziecko. - Przybyłem za późno. W ja randze nie było nic do jedzenia. Moja kobieta już nie żyła, ostatnie kęsy oddała Kakonicie. Przywiozłem ją do ciebie, kapitanie – mówił martwym, drewnianym głosem. Niczego nie oczekiwał, o nic nie prosił. Jakby domyślając się, że o niej mowa, paroletnia dziewczynka wyciągnęła chude ramionka do Amundsena. Bez chwili namysłu podniósł ją na wysokość głowy. W zetknięciu z tym drobnym, lekkim jak piórko dzieckiem, jakoś dziwnie zrobiło mu się na sercu. (…) Od tej pamiętnej chwili Kakonita stała się najważniejszą osobą na „Maud”. Wiedząc że mała Czukczenka godzinami potrafi stać na pokładzie , wyczekując go, Amundsen powracał szybciej niż zwykle z wypadów w teren. Podczas jego nieobecności żadna siła nie mogła zmusić dziewczynki do przełknięcia najsmaczniejszego placka czy kawałka ulubionej czekolady. - Jak kapitan wróci – odpowiadała niezmiennie. Kakot z radością patrzył na wypełniające się z każdym tygodniem policzki dziecka i na wielkie czarne oczy, w których nie było już smutku. - Jeśli chcesz, zabiorę ją ze sobą do Norwegii , wychowam, ukończy szkołę – oświadczył mu pewnego dnia Amundsen. Młody Czukcza spojrzał na niego z wdzięcznością. - Zrób tak, kapitanie. Sam nie wiem co z nią począć jak stąd odpłyniecie. Będzie znów głodować.”
Tyle cytat z bardzo wciągającej książki Aliny i Czesława Centkiewiczów „Człowiek, o którego upomniało się morze” (Warszawa, wyd. Czytelnik, 1972). Powiem tylko że finał tej historii nie był jednak szczęśliwy. Amundsen wziął wprawdzie małą Kakot plus jeszcze jedną trochę starszą miejscową dziewczynkę do Norwegii, zgodnie z obietnicą zapewnił im opiekę i szkołę, ale jak piszą Centkiewiczowie – w wyniku nagonki prasy sugerującej że to pewnie jego nieślubne dzieci itp., ostatecznie odesłał Czukczenki z powrotem do ich rodzinnych stron.
Podpytywałam miejscowych czy wiedzą coś o losach małej Kakot. Okazuje się, że w ogóle nie znają tej historii. Mało tego – nie wiedzą wcale że Amundsen przy ich wiosce zimował, a tak naprawdę to nie wiedzą wcale kto to był Amundsen!
* * * * *
26 sierpnia, 49. dzień wyprawy Na trawersie przylądka Dżenretlen, Morze Czukockie (Rosja) Pozycja na godz. 1505: 67 st. 07`N, 173 st. 38`W Hurra! Słońce!
Aż trudno nam uwierzyć, po tych dniach niepogody, jednak czasem świeci tutaj słońce! Dzięki temu dziś wreszcie mogliśmy zobaczyć naszą zatokę – bez mgły i deszczowych chmur wygląda naprawdę atrakcyjnie. Na zachodnim jej brzegu są całkiem wysokie góry, niektóre ośnieżone.
Już od samego poranka zrobiło się ciekawie. Budziki mieliśmy nastawione na 6-tą, Börje wstał za potrzebą już o 5-tej, robiąc przy tej okazji alarm, że na brzegu siedzi biały niedźwiedź! Szczerze mówiąc trochę potrwało zanim się wygrzebałam z koi, tym bardziej że nie byłam pewna czy Börje mnie nie wkręca, ale niedźwiedź rzeczywiście był! Niestety, zanim wróciłam z aparatem, zdążył już trochę się oddalić…
Szczerze mówiąc trochę wcześniej przebudziło mnie coś jakby stukanie w burtę. Nawet w pierwszej chwili pomyślałam że to niedźwiedź, potem uznałam że to niemożliwe – jeśli już, to foki lub morsy, a na końcu uznałam, że to omamy w moich snach. Teraz wiem, że pierwsza wersja mogła być jednak prawdziwą, bo tutejsze miśki to bardzo ciekawskie zwierzęta. Nawet Börje twierdził, że ten osobnik był bardzo zainteresowany nami, bo przez długi czas siedział na brzegu, jakieś 30 metrów od jachtu (dokładnie tam, gdzie wczoraj przy schodzeniu na ląd zostawiliśmy ponton) i bacznie się nam przyglądał. Swoją drogą jak wczoraj zrobiliśmy sobie spacer na brzegu, nawet nie wzięliśmy strzelby. Profilaktycznie mieliśmy tylko po rakiecie i kijku trekingowym (zgodnie z zaleceniami strażników z Wyspy Wrangla, że najskuteczniejszy jest kij), ale w ogóle nie przypuszczaliśmy że na tym terenie też mogą być niedźwiedzie polarne.
Obok: misiek który przyszedł nas rano oglądać.
Ponieważ misek poszedł na spacer wzdłuż plaży, dokładnie zgodnie z kierunkiem naszego płynięcia, zmobilizował nas aby szybciej się zebrać, w biegu coś zjeść, podnieść kotwicę i wyruszyć za nim, przy okazji robiąc mu sesję zdjęciową. Myśleliśmy że pozostanie na brzegu, a tymczasem ku naszemu zdumieniu rzucił się w wody zatoki wypływając idealnie na nasz kurs! Byliśmy zaledwie kilka metrów od niego, ale za długo nie chcieliśmy męczyć go swoją obecnością, bo widać było że się trochę stresuje.
Fajnie się dziś płynie… W słońcu świat jest piękniejszy i od razu humory nam się polepszyły (wczoraj mieliśmy lekki kryzys). Na jednej z Wysp Śnieżnych Gęsi, które mija się przy wyjściu z laguny odkryliśmy pozostałości starej chaty, na przeciwległym zaś brzegu – duży prawosławny krzyż. –Pewnie jakaś łódź się tu rozbiła… - stwierdził Börje, a mnie od razu przypomniało się nasze szaleńcze wejście do zatoki w czasie sztormu.
Teraz minęliśmy Przylądek Dżentreten (zdjęcie obok). Ładne miejsce – skalisty półwysep z typową tundrą, miejscami ze spektakularnymi klifami o które z impetem rozbijają się fale. Gdyby nie to, że spieszy nam się, aby jeszcze za dnia wejść do laguny przy Przylądku Neskyn, a żadne źródła (ani mapy, ani Locja Admiralicji) nie podają w niej głębokości, byśmy tu chętnie zostali na krótki treking. Prognoza zapowiada jednak na jutro silny wiatr – jeśli dziś nie wejdziemy do laguny, jutro pewnie nie będzie już szans.
Godzinę później…
Przed chwilą Börje z pokładu krzyczał, że kolejny biały misiek chodzi po brzegu, ale daleko. Jak daleko to już nie wychodzę. Chyba nam już niedźwiedzie spowszedniały… :-) . Dziś po drodze był też wieloryb – niestety znowu nie było jak zrobić zdjęć, bo ledwo go wyczailiśmy i już się zanurzył.
W ramach podwieczorku zjedliśmy sobie krakersy z powidłami jakie Börje usmażył z zebranych przez nas wczoraj moroszek. Pycha!
* * * * *
26 sierpnia, wieczorem O przymusowej zmianie planów i chlebie z rosyjskiego statku
I nie weszliśmy do laguny, na którą się tak nastawialiśmy (przy Przylądku Neskyn). Krótko mówiąc – nici z planowanych trekingów, zobaczenia koloni morsów i zaprzyjaźnianie się z lokalnymi myśliwymi. Nici też z wyspania się i odpoczynku po wcześnie rozpoczętym dniu. Jeśli nic już nie stanie na przeszkodzie, szansę na zakotwiczenie mamy za 27 mil (jakieś 50 km), czyli realnie patrząc – 5 godzin.
Powód? Okazało się że do laguny po prostu nie da się wejść. Przynajmniej dzisiaj. Przybój jaki tam był na wejściu wyglądał jak niezła fala do surfowania – ryzyko było zbyt duże. Poza tym na mapach nie ma podanych głębokości – wiadomo że ogólnie jest płytko. Z kolei od strony morza przy wiosce też kotwiczenie nie wchodziło w grę ze względu na dość mocny, dopychający wiatr (żadnej zatoki tam nie ma).
Ponieważ bardzo nastawiliśmy się na tę wizję kotwiczenia w lagunie i po prostu żal było nam tak sobie odpuścić, wywołaliśmy przez radio stojący na kotwicy statek z pytaniem czy mogą nam coś doradzić . Reakcja była błyskawiczna. Od razu skontaktowali się z ludźmi z lądu z którymi zastanawiali się, czy może któryś z lokalnych myśliwych polujących na foki i morsy może nas wprowadzić do laguny. Pomysł jednak upadł, bowiem przy takim przyboju miejscowi też nie są w stanie go pokonać. Niestety potwierdzono też, że w najbliższej okolicy nie ma szans na spokojne kotwiczenie. Doradzono nam natomiast tę zatoczkę za 27 mil.
Zanim odpłynęliśmy ludzie ze statku zapytali czy czegoś nie potrzebujemy. Powiedziałam że wszystko mamy, ale potem dodałam, że jakby znaleźli dwa bochenki chleba, to bylibyśmy szczęśliwi. Od razu się pochwalili, że mają super chleb, codziennie wypiekany i żebyśmy podpływali. Niesamowite wrażenie cumować tak burta w burtę takiego kolosa! (nazywał się „Gieroj”, czyli „Bohater”). Niestety ze względu na rozfalowanie nie było szans aby pójść do marynarzy w gości, jednak w trakcie szybkiej akcji zrzucili nam na pokład torbę z chlebem i jak się już potem okazało – czekoladą, a poza tym podali też dwie 5-litrowe butle z mineralką, którą teraz popijamy. Różnie można myśleć i mówić o rosyjskich przepisach i rosyjskich urzędnikach, ale jeszcze raz muszę powtórzyć to o czym już na blogu pisałam – ludzie w tym kraju są naprawdę dobrzy, serdeczni i uczynni. Inna sprawa że jest jeszcze coś takiego jak morska solidarność – dla ludzi morza nie ma granic i durnych przepisów.Jak można pomóc, to się pomaga. Jachty żaglowe traktowane są zwykle ze szczególną sympatią, no może za wyłączeniem oficera Coast Guardu z Pevek.
Co do tej pomocy to chcąc nie chcąc podsłuchałam rozmowę marynarza ze statku z kimś z lądu, kiedy była mowa o tym myśliwym, który miałby ewentualnie pokazać nam wejście do laguny. Był tam moment zawahania, no bo wiadomo – trzeba wyciągnąć człowieka z domu, czas, paliwo itp. Oczywiście byśmy to jakoś załatwili. Ale marynarz od razu czując pismo nosem, zbeształ swojego rozmówcę, że myśli o takich sprawach. –Przypłynęli z Europy! Trzeba im pomóc! Jak człowiek człowiekowi! – w krótkich słowach powiedział spontanicznie co myśli. Nawet nie wiem jak miał na imię ten marynarz z „Gieroja”, ale na pewno będę go mile wspominać. A chlebek rzeczywiście okazał się pyszny. Jeszcze ciepły. Od razu zjedliśmy sobie po kilka kromek.
O kurde, czas na wachtę… Moja kolej sterowania. Autopilot odpada bo jesteśmy za blisko brzegu.
26 sierpnia, tuż przed północą Zatoka przy Przylądku Netten Pozycja: 66 st. 58`N, 171 st. 56`W Travellunch w blasku gwiazd
Dotarliśmy do poleconej przez marynarzy z „Gieroja” zatoczki szybciej niż zakładaliśmy. Przed chwilą zakotwiczyliśmy. Dookoła głęboka noc, widać tylko zarys wzgórz i palące się na brzegu ognisko. To ognisko trochę nas zmyliło. Najpierw myśleliśmy że to ustawione na brzeg światło nawigacyjne – na mapie jest takowe zaznaczone, ale nie podano żadnej jego charakterystyki. Potem myśleliśmy że to światła jakiejś rybackiej łodzi – nawet dałabym sobie rękę uciąć że poza biało-żółtym widziałam też zielone, czyli pokazywane na prawej burcie. Ostatecznie jednak wyszło, że to grupa ludzi zrobiła sobie imprezkę…
Obok: "Anna" w zatoczce przy Przylądku Netten.
A co do świateł – tym razem na niebie, to dzisiaj po raz pierwszy od wielu tygodni zobaczyłam gwiazdy!!! I ogromnie się z tego faktu ucieszyłam! Mroczne noce mamy już od dobrych kilku dni, gwiazdy pewnie więc już były, ale pewnie wcześniej przysłaniały je chmury. Dzisiaj było prawie bezchmurne niebo, więc jak zwykle najpierw wyłoniła się Wenus – najjaśniejsza i dla mnie – najpiękniejsza. Dopiero po jakimś czasie, jakby dając Wenusce czas na podziwianie jej blasku, nieśmiało zaczęły pokazywać się inne damy gwiezdnego dworu. Uwielbiam sterować wyznaczając sobie kurs na gwiazdy…
Swoją drogą wachta minęło bardzo szybko, bo częściowo urozmaicił mi ją Börje gotując w kokpicie „wołowinę po węgiersku” (to znaczy gotując wodę do zalania liofilizatu o tej nazwie). Kokpit okazuje się najlepszym miejscem dla naszej maszynki turystycznej… Żywność liofilizowaną dostaliśmy z firmy Sporting-Brożyna, która jest przedstawicielem firmy Travellunch. Dzięki Przemku! (to szef wspomnianej firmy). Przy naszych problemach z gazem te liofilizaty to na morzu jedyna dla nas szansa na porządny obiad czy kubek herbaty!
* * * * * *
25 sierpnia, 48. dzień wyprawy, wieczorem Wciąż Koljuczińskaja Guba, ale teraz Kosa Jamrynaj (inna część zatoki) Pozcycja: 66 st. 57`N 174 st. 12`W Nieudane wypłynięcie (problemy z silnikiem) i maliny moroszki na pocieszenie
Trochę mam dość. Znudziła mi się już trochę ta zatoka, a tymczasem kiblujemy tu już kolejny dzień. Dzisiejszy ranek wcale nie zapowiadał niepowodzeń. Wstaliśmy w świetnych humorach, korzystając z grzałki zagotowaliśmy wodę na mleko do musli (mleko z proszku), potem wciągnęłam Börje na maszt, bo po sztormie mamy uszkodzone światło topowe i wyruszyliśmy. Po dwóch godzinach płynięcia do wyjścia z zatoki pogoda się zmieniła i… po wypłynięciu na morze, widząc jaka jest sytuacja i analizując jak się do tego mają nasze dalsze plany, zawróciliśmy. Wraz z pogodą siadły nam humory i nawet zmiana miejsca kotwiczenia na nieco bardziej ciekawe nie za wiele pomogła. Skoro jednak byliśmy przy ciekawszym brzegu, stwierdziliśmy, że koniec tego siedzenia i gnuśnienia na jachcie – ruszamy na wycieczkę. Przy okazji Börje rozstawił sieci, bo świeżą rybę chętnie byśmy zjedli, ale przy takiej pogodzie nawet ryby nie chcą się łapać.
Celem wycieczki miała być chata myśliwska, zaznaczona na rosyjskiej mapie (a raczej jej zdjęciu), ale była taka mgła, że do chaty nie trafiliśmy [następnego dnia, kiedy była już super widoczność, okazało się, że byliśmy tuż, tuż]. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło – okazało się, że tutejsza tundra to miejsce pełne maliny moroszki, czyli takich owocków rosnących jak poziomki, a wyglądających jak maliny (jak są zielone to są czerwone :-), a po dojrzeniu stają się żółto-pomarańczowe i miękkie). Nie będę ukrywać, że zamiast ambitnego trekingu (bagnisty grunt do tego nie zachęcał) z zapałem uzupełnialiśmy braki witamin w wersji prosto z krzaka. Wiele z nich było niedojrzałych – pewnie już nie dojrzeją, bo zima nadchodzi tu szybkimi krokami. Przypomniało mi się jak na Wyspie Wrangla tłumaczono nam, że tam się zbiera i jada wszystkie grzyby, jakie tam rosną, nawet te gdzie indziej uznawane za trujące. Kiedy zrobiliśmy zdziwione miny wyjaśniono nam, że tamtejsze grzyby mają tak krótki okres „życia”, że nawet nie zdążają wykształcić trucizny.
Fot.obok: arktyczna moroszka.
Oczywiście poza moroszką są w tutejszej tundrze też i inne rośliny. Na przykład rumianki! No i wszechobecna bawełnianka arktyczna. Ciekawa też okazała się tutejsza „plaża”. Wreszcie pojawiły się na brzegu jakieś muszle (na Alasce czy w Kanadzie nie widzieliśmy żadnych), a poza tym całe wybrzeże zasnute jest wodorostami ciągnącymi się niczym zielono-brunatne tasiemce.
Po powrocie na jacht mieliśmy jeszcze akcję przestawiania się w inne miejsce – baliśmy się, czy nasza kotwica na pewno nas w nocy utrzyma, tym bardziej że wiatr wbrew naszym nadziejom, wcale nie zamierzał ścichnąć. Przy okazji była jeszcze akcja numer dwa: „lampa naftowa” . Zazwyczaj niezawodna tym razem się zbuntowała i wystrzeliła wielkim płomieniem osmalając pół sufitu (akurat byliśmy oboje na pokładzie, więc od razu nie zauważyliśmy). Nawet na jedzenie już nie mieliśmy ochoty po takim dniu… Jak najszybciej – spać!
* * * * * *
24 sierpnia, 47. dzień wyprawy, rano Koljuczinskaja Guba przy Lagunie Ciapatcien - II dzień Nie mamy gazu!
Wot, surpriz! Z rosyjskiego: niespodzianka! Skończył nam się gaz! Przykre odkrycie zrobiliśmy wczoraj wieczorem, kiedy zastanawialiśmy się, jak ów wieczór wykorzystać i wymyśliliśmy, że idziemy do kina. Najbliższe kino jest pewnie w Nome, czyli jakieś 600 mil stąd, ale postanowiliśmy obejrzeć sobie na ekranie komputera przegrany na Wyspie Wrangla filmik o Arktyce z doskonałej serii National Geographic „Wild Russia”. Żeby było rzeczywiście jak we współczesnym kinie, Börje postanowił zrobić pop corn (mamy ze sobą zapas ziaren kukurydzy), ale niestety – okazało się, że nie da się pod garnkiem podpalić gazu. Ewentualności że to koniec zawartości butli w tym momencie jeszcze w ogóle nie braliśmy pod uwagę – Börje twierdził, że taka butla starcza zwykle na 4 miesiące, a żeglujemy raptem półtora. Film obejrzeliśmy ostatecznie bez pop-cornu, a gazem się nie przejęliśmy, uznając że pewnie coś tam nie tak z zaworami i spojrzymy na to rano (butla ze względów bezpieczeństwa jest umocowana na zewnątrz).
Fot. z prawej: jaki mamy przechył można czasem rozpoznać po ustawieniu kuchenki.
Rano przekonaliśmy się, że jednak butla jest pusta. Wydaje się to dziwne, bo wcale aż tak dużo nie gotujemy, a poza tym ze względów bezpieczeństwa często zamykamy zawory i przy butli , i przy kuchence, więc szansa na ulatnianie się jest raczej mała. Z drugiej strony znając Börje – wie co mówi, bo zna swoją łódź dobrze, a wszystko co może nawalić ma raczej zdublowane. Drugiej z butli z gazem jednak nie ma, bo to że się tak szybko skończy, po prostu nie brał pod uwagę. Po dłuższych oględzinach i dyskusjach doszliśmy do wniosku, że to jednak kolejna sprawka sztormu – coś się tam musiało na zaworze rozszczelnić.
Dramatu nie ma, bo mam jeszcze grzałkę, ale to raczej ostateczność, bo to urządzenie żrące wyjątkowo dużo prądu, a przy wyłączonym silniku staramy się oszczędzać zasilanie, zostawiając go w pierwszej kolejności na to, co na jachcie działać powinno ze względów bezpieczeństwa (radar, komputer nawigacyjny, światła, pompa zęzowa itp.). Na szczęście mamy jeszcze sprzęt zabrany z myślą o trekingach lądowych, a należy do niego kuchenka turystyczna. Dzięki chłopakom z firmy Paker (dystrybutor sprzętu turystycznego), którzy poświęcili mi mnóstwo czasu dobierając mi najlepszą ich zdaniem kuchenkę, mamy model wielopaliwowy, co jest w tym wypadku bardzo ważne, jako że z braku gazu możemy gotować na benzynie. Łatwo jednak powiedzieć: „gotować”. Z tego typu maszynek ani ja, ani Börje wcześniej nie korzystaliśmy, jednak chęć zjedzenia śniadania i napicia się herbaty sprawiła, że zabraliśmy się do rozpracowywania urządzenia. Najpierw wypróbowaliśmy kuchenkę na pokładzie, ale wiatrzysko sprawiało, że nawet zapalenie zapałki było problemem. Przenieśliśmy się więc pod pokład, notabene w pobliże gaśnicy. Początki były trudne, to znaczy z efektami dźwiękowymi (syczenie) i świetlnymi (różne rodzaje i wysokość płomieni), ale w końcu udało się opanować sytuację i po półtorej godzinie (:-)) woda została zagotowana. Teraz, kiedy wiemy już co i jak, Börje obiecał na maszynce ugotować na obiad spaghetti!
U góry: skończył się gaz, trzeba przejść na turystyczną maszynkę na benzynę.
A co do jedzenia, to pożegnaliśmy się z chlebem. Nawet się nie skończył, tylko spleśniał. Od dziś przechodzimy na sucharki, których mamy całkiem spory zapas. Ze świeżych warzyw została tylko cebula – kupioną w Pevek marchewkę właśnie wykończyliśmy, bo też już chciała pleśnieć. Aby ustrzec się przed brakiem witamin i minerałów łykamy tabletki jakie w ramach apteczki dostaliśmy od firmy Superpharm. Byle do portu – jednym z pierwszych zakupów na jakie niezależnie od arktycznych cen się skusimy, będą jabłka! (w Pevek kupowaliśmy je po 280 rubli, czyli 10 dolców za kilogram!).
Po południu Przeczekujemy sztorm…
Nie wypłynęliśmy, bo na morzu wciąż sztormisko. W zatoce też duje co niemiara – wiatromierz wskazuje wahania siły wiatru od 23 do 33 węzłów. Uznaliśmy się, że wcale nam się tak bardzo nie spieszy żeby na siłę ładować się w trudne warunki, poza tym wciąż mamy kilka rzeczy do naprawienia. Poza tym taki dzień leniucha od czasu do czasu się po prostu przydaje. W Warszawie to nie do pomyślenia – nie mam takich dni, bo przy mojej pracy zawsze jest coś do zrobienia, a wszystko jest na wczoraj. Tu czas płynie inaczej, a przy okazji dochodzi się do wniosku, że te zwariowane miejskie życie trochę nie ma sensu. Brakuje czasu dla rodziny, dla znajomych, nie dostrzega się tego co ważne, piękne, ciekawe, albo po prostu normalne.
Powyżej: Jak wyglądają brzegi zatoki zobaczyliśmy dopiero trzeciego dnia. Wcześniej cały czas zasłaniała je mgła.
Luzacki dzień wykorzystałam na zrobienie porządku w swoich rzeczach, dosuszanie mokrych ciuchów po sztormie, przegląd sprzętu fotograficznego i wyczyszczenie mojego Acera (komputera), bo niestety dostał bryzgi morskiej wody z fali, jaka w czasie sztormowania wlazła nam przez uchylone okienko ochlapując stół nawigacyjny. Postanowiłam również, tak po babsku, zadbać trochę o swój wygląd. Wykąpałam się jeszcze wczoraj, dzisiaj przyszedł czas na kremy i kosmetyki których w czasie płynięcia nawet nie wyciągam, bo nie ma na to warunków i czasu. Znalazła się wśród owych specyfików „pianka oczyszczająca do twarzy”, którą z zapałem wyszorowałam swoje lico, stwierdzając że efekt daje całkiem dobry. Skoro tak to wczytałam się w składniki. I co wyczytałam? „Zrobiona na bazie piany wody morskiej”! Paradoks – czego jak czego, ale piany morskiej w naturalnej formie to mam tu pod dostatkiem na co dzień!
Z innych spraw to zapomniałam napisać, że nie jesteśmy tu sami. Odkryłam to, kiedy wyszłam na pokład w celach fizjologicznych (już wcześniej pisałam, że na małych jachtach korzystanie z WC jest na tyle kłopotliwe, że zazwyczaj załatwia się te sprawy od razu do wody). No więc wyskakuję trzęsąc się z zimna, wystawiam za reling swoje pośladki i podświadomie czuję, że jestem obserwowana. Rozglądam się, a z wody wystają wlepione w mój odwłok dwa wielkie ślipia! Foczka! Wcale się nie speszyła moim spojrzeniem, pełnym oburzenia, że mnie podgląda. Przekrzywiła tylko łepek i dalej patrzyła, co robię i co to za dziwny stwór pojawił się na jej terytorium.
Obok: Foczka-podglądaczka.
A tak w ogóle to zastanawiamy się, czy rosyjska Pograniczna Służba w ogóle wie, gdzie jesteśmy i czy w ogóle jeszcze się nami interesuje? W sumie to oni chcieli nas eskortować, my o to nie prosiliśmy, nie czujemy więc żalu że nas zgubili. Czy śledzą nas na radarach raczej wątpię, bo skoro byli zaskoczeni że przyszliśmy do Pevek, bo przez tyle dni nie wiedzieli że jesteśmy na ich wodach, to znaczy że owy system radarowy nie jest tu wcale taki dobry jak ogólnie się sądzi. Z drugiej strony mają nasz numer satelitarny, jeśli więc nie mogą skontaktować się z nami przez radio VHF, mogą to zrobić przez telefon. Swoja drogą to po takim nagłym i silnym sztormie mogliby się zapytać przynajmniej, czy wszystko z nami okej – bądź co bądź jesteśmy tu jedynym jachtem… Może im się wydaje, że my już na Alasce?
Wieczorem
Spaghetti na turystycznej maszynce z sosem a`la Börje wyszło nadspodziewanie dobrze. Zastanawialiśmy się jakie plany na dzisiejszy wieczór… Börje stwierdził, że „idzie na spacer do kotwicy”. Po sprawdzeniu, że na zewnątrz leje i wieje (licznik wiatromierza pokazuje 35 węzłów) stwierdził że zamiast spaceru lepszy będzie jogging, ale coś ociąga się z wyczołganiem się na pokład.
Obok: Wieczór w przytulnej mesie "Anny".
Ja dla odmiany studiuję Locję Admiralicji i sprawdzam co po drodze jest ciekawego i gdzie w razie złej pogody można wejść. W międzyczasie przyszły prognozy od Wojtka – jutro wciąż jeszcze będzie wiało. Jeśli ktoś ciekawy, jak wygląda taka prognoza którą codziennie Wojtek przysyła, podaję dzisiejszego smsa: „Aug 23 1800 N27R Aug24 0000 N30R 6000 NE30 R 1200 NE15 1800 ENE3”.
Już wyjaśniam o co chodzi: 23 sierpnia o godzinie 18 czasu zwanego uniwersalnym będzie wiatr z północy, o sile 27 węzłów, a do tego deszcz. 24 sierpnia o północy będzie wiało 30 węzłów z kierunku północnego i też będzie deszcz, o 6-tej rano nadal będzie silny wiatr o sile 30 węzłów, ale „odkręci się” na północno-wschodni, niestety wciąż z deszczem, w południe, o 12-tej utrzyma kierunek północno-wschodni, ale osłabnie do 15 węzłów, a o 18-tej w ogóle będzie już bardzo słabiutki, ledwie 3 węzły, wschodnio-północno-wschodni. Proste… Czasy podane są w czasie UTC, czyli uniwersalnym, to jest takim jak w Anglii (minus 1 godzina w stosunku do Polski). To ważne, bo inaczej pogubilibyśmy się w strefach czasowych. Wojtek nie musi wiedzieć jaka jest u nas godzina, my też nie wiemy jaka godzina jest u niego w Toronto, nie mówiąc o tym, że kiedy u niego jest 23 sierpnia, u nas jest już dzień później, to znaczy 24-ty, bo jesteśmy za Linią Zmiany Dat. Czas Uniwersalny rozwiązuje wszelkie problemy kto o jakim czasie i dniu mówi. Stąd też nasz Tissot (zegarek) wiszący przy stole nawigacyjnym, ustawiony na czas UTC. Tak na marginesie to przed chwilą sprawdzałam co Tissot ma do powiedzenia w zakresie ciśnienia. Funkcja barometru na jego tarczy jest nieubłagana – w ciągu ostatnich kilku godzin barometr znowu spada…
* * * * * *
23 sierpnia, około 17-tej, 47. dzień wyprawy Koljuczinskaja Guba - zatoka Morza Czukockiego Pozycja: 67 st. 01`N, 174 st. 19`W 10 w skali Beauforta! Odsypiamy, suszymy się, naprawiamy jacht…
Narzekaliśmy wcześniej na brak wiatru, no to morze pokazało nam swój pazur! Ten spadający wczoraj barometr rzeczywiście nie przyniósł nic dobrego. Dostaliśmy w kość tak, że oboje zapamiętamy to na całe życie. W sztormie o sile 10 w skali Beauforta Börje spędził na pokładzie bite 12 godzin, ja 10 (to dlatego, że w połowie swojej wachty Börje wywołał mnie na pokład, a potem już nie miało znaczenia czyja jest wachta – walczyliśmy razem). Nie wiem dokładnie z jaką prędkością wiało – dopiero na samym końcu, kiedy byliśmy już w zatoce osłonięci mierzeją, miałam czas by wyciągnąć wiatromierz który wskazywał siłę wiatru 40 węzłów. Ale nawet w zatoce były potężne fale przelewające się przez pokład, wiało tak że nawet oddychać było trudno, a niezależnie od poziomego (! – tak, bo zmiatanego przez wiatr) deszczu, sprawiającego wrażenie, że ktoś wbija w twarz lodowate szpilki, co chwila dostawało się w twarz falą, która z kolei przypominała bolesne smaganie biczem. Najgorsze w tym wszystkim było zimno – ręce w mokrych rękawiczkach (przemoczyliśmy wszystkie) i nogi marzły tak, że trudno było wytrzymać, a woda w niby opiętym sztormiaku wlewała się w najbardziej wydawałoby się niedostępne zakamarki ubrania (w międzyczasie raz się przebierałam, ale zaraz znowu miałam wszystko mokre). O tym jak wyglądało wnętrze jachtu wolę nie pisać – istne pobojowisko pełne mokrych rzeczy, na podłodze makaron z chińskiej zupki, którą chciał mi przyrządzić Börje, ale mu uciekła z rąk, kiedy jacht podskoczył na fali, rzeczy ze źle domkniętej szafki… Po prostu – krajobraz po bitwie, a raczej – po sztormie.
Na zdjęciu u góry: To wcale nie sztormowe zdjęcie. W sztormie o zdjęciach nie myśleliśmy...

Obok: Zimno, mokro i do domu daleko.
Wiele sztormów miałam okazję zaliczyć w swoim żeglarskim życiorysie, ale ten naprawdę był ciężki. Niby nie były to najtrudniejsze warunki – na Zawiszy na Pacyfiku zaliczyliśmy tajfun, na „Starym” przy Falklandach, po przejściu Hornu – 12 w skali Beauforta z 16-metrowymi falami. Tu fale były mniejsze [potem powiedziano nam, że ogólnie na Morzu Czukockim fale nie są nigdy duże], wiała „tylko” dziesiątka (sztorm liczy się od ośmiu stopni w skali Beauforta), a jednak – było trudniej. Pierwsza sprawa: była nas tylko dwójka. Na „Zawiasie” załoga liczyła ponad trzydzieści osób, na „Starym” – dziewięć, czyli można było się zmieniać i zawsze były świeże siły. Tutaj mogliśmy liczyć wyłącznie na siebie, nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa, a już na starcie byliśmy niewyspani i głodni, bo ostatni posiłek jaki zjedliśmy był lunchem, a na kolejny już do rana nie było czasu. Druga sprawa – trochę ten sztorm nas zaskoczył. Prognozy na niego nie wskazywały, nie było żadnych ostrzeżeń. Z tego powodu – co jednak nas nie usprawiedliwia – po prostu się do niego nie przygotowaliśmy. Potem analizując sytuację przyznaliśmy się sami przed sobą, że za późno zrzuciliśmy grota i zredukowaliśmy foka i nie zrobiliśmy innych rzeczy, które przydałoby się zrobić. Najgorsze była jednak świadomość, że gdyby coś, pewnie nikt nam tutaj nie pomoże. U wybrzeży Kanady czy Alaski – co innego, można byłoby liczyć na szybką reakcję, tutaj nie za bardzo. A zresztą, w tych warunkach jakie tutaj są (temperatura co najwyżej kilka stopni) szybko łapie się hipotermię (wychłodzenie organizmu) – przy wpadnięciu do wody ma się zaledwie kilka minut życia. Każde z nas ma tego świadomość, tak więc bez żadnego przypominania zakładamy nasze Crewsavery (pasy asekuracyjne) i w trudnych warunkach nawet tylko stojąc za sterem, przezornie się przypinamy.
Szczerze mówiąc mieliśmy spory dylemat, czy lepiej sztormować na morzu, z dala od brzegu, czy schronić się w zatoce, którą mieliśmy niedaleko. Zatoka kusiła, ale wejście do niej przez wąski kanał, na dodatek w nocy, nie mając dobrych map, stanowiło manewr dość ryzykowny. Sztormowanie na otwartym morzu może okazać się bezpieczniejsze, pod warunkiem że nie trwa zbyt długo – w zmęczeniu łatwo o błąd, który może mieć groźne skutki. Ostatecznie postanowiliśmy zaryzykować, czyli wejść do zatoki.
Był to jeden z najbardziej stresujących momentów jakie przeżyłam na morzu. Dla Börje chyba też. Wiedzieliśmy, że stawiamy wszystko na jedną kartę – jeśli się nie uda, nikt nam tu nie pomoże. Z mapy wyglądało że wejście to bardzo wąski kanał, z którego zboczenie oznacza siedzenie na mieliźnie, z której w tych warunkach nie będzie jak zejść ale i bez mielizny może skończyć się wyrzuceniem na brzeg (wyobraźnia podsuwała: skały). Silny wiatr z rufy i pchająca nas wielka fala nie dawały szans na wycofanie się. Żeby nie było nam za łatwo, ciągle coś szło nie tak. Przede wszystkim – panowały egipskie ciemności. Noc jest tutaj wciąż krótka – trwa zaledwie kilka godzin, ale wstrzeliliśmy się w te najbardziej mroczne godziny. Co z tego że zwykle świeci księżyc, jak tej nocy zasłaniały go chmury. Na dodatek zaczął szwankować silnik (potem okazało się, że za burtą znalazła się lina, dokładniej talia grota, która wkręciła się w śrubę). O zalewającej nas fali, zimnie i tym okropnym deszczu sprawiającym że trudno było patrzeć wprost przed siebie, już nie wspominam. Nie dawało rady długo wystać za sterem - zmienialiśmy się na stanowiskach. Kiedy jedno z nas było przy sterze, drugie śledziło mapę i krzycząc korygowało kurs sternika. Jedyną pomocą było palące się na brzegu światło nawigacyjne – wydawało się na wyciągnięcie ręki, co wcale nie było miłe, bo wskazywało, że łatwo się możemy na ten brzeg wpakować. Jak już wyżej napisałam, nie byliśmy pewni jaki ten brzeg jest – jeszcze pal sześć plaża, ale równie dobrze mogłyby być skały. W kluczowym momencie – zawiesił się komputer! Tak po prostu – przestał współpracować! Jego odpalenie (chodzi o naszego nawigacyjnego IBMa) wymaga trochę czasu, który teraz wydawał się wiecznością. Nie powiem – oboje się denerwowaliśmy, choć staraliśmy się tego nie pokazywać.
Płynęliśmy na czuja, jak się okazało – dobrze. Już w zatoce nieocenioną pomocą było zdjęcie mapy udostępnionej nam na rosyjskim statku. Na naszej mapie, dość ogólnikowej, nie było żadnych głębokości, na zdjęciu – owszem! Nie wiem czy ten sympatyczny, życzliwy oficer który nam te mapy dał do sfotografowania, nie miał z tego powodu nieprzyjemności, ale chciałabym go kiedyś spotkać i powiedzieć mu jak bardzo nam pomógł, a być może nawet nas uratował.
Zakotwiczyliśmy około 7-mej rano, przemoczeni, zmarznięci, głodni i zmęczeni. Byliśmy tak padnięci, że odpuściliśmy sobie sprzątanie – rozwiesiliśmy tylko do suszenia ciuchy i zaraz potem wleźliśmy do śpiworów, 5 minut później śpiąc. Obudziliśmy się około południa i resztę dnia spędziliśmy już pracowicie na doprowadzaniu jachtu do porządku i sprawdzaniu jakie są straty. Zerwała się lina mocująca używany przy pełnych wiatrach bom foka, pękło mocowanie prowadnicy talii grota, straciliśmy jeden odbijacz (kanister który chciał odlecieć uratowałam), rozerwała się też szwedzka banderka (polska wyszła bez szwanku), szlag trafił nasze światła nawigacyjne. Czyli ogólnie nie jest tak źle. Na szczęście „Anna” jest bardzo suchym jachtem, tak więc poza ciuchami używanymi na pokładzie, nie mamy nic do suszenia.
W ramach rekompensaty „strat moralnych” dogadzamy sobie jedzeniowo. Upiekliśmy placek, a na obiad zrobiłam (wczoraj gotował Börje, więc dziś moja kolej) kaszę gryczaną z sosem z borowików (plus marchewka i kotlet z mielonki). Trochę się bałam jak Börje zaakceptuje tę kaszę, bo w Szwecji to potrawa zupełnie nieznana, ale stwierdził, że to całkiem dobre. Teraz z kolei popijamy herbatę z rumem i cytryną. Nad stołem pali się lampa naftowa, wnętrze ogrzewa nasza „koza” (piecyk). Z zewnątrz dochodzi gwizd, a raczej ryk wciąż mocnego wiatru – wcale nie żałujemy, że nie jesteśmy teraz na morzu.
* * * * * *
22 sierpnia, 46. dzień wyprawy, około 18-tej Morze Czukockie Pozycja na 1730: 67 st. 32`W, 174 st. 31`W Dowcipy o Czukczach
Z smsów od Wojtka z Toronto i od Pawła (mojego męża) wynika, że nawala nam spot, czyli urządzono wysyłające na mapkę na stronie internetowej naszą pozycję. Zastopował się trzy dni temu, choć ciągle płyniemy i co kilka godzin go uruchamiamy. Widocznie pracuje tylko w dobrych warunkach pogodowych, a deszcz, zimno i męcząca fala jakie nam wciąż towarzyszą, niespecjalnie mu się podobają. Nam zresztą też nie – ustaliliśmy że na noc wejdziemy do niedalekiej zatoki – Koljuczinskoj Guby. Tymczasem trochę nas niepokoi coraz silniejszy wiatr i spadający barometr – nic dobrego to nie wróży.
Studiując w ramach wachty Locję Admiralicji wyczytałam że do zostawionego w nocy gdzieś z boku Przylądka Otto Schmidta (po rosyjsku: Mys Szmita) w 1778 roku dopłynął na statku HMS „Resolution” słynny brytyjski kapitan Cook ! Niezły gościu! Eksplorował wybrzeża Nowej Zelandii, Australii, różne wyspy Pacyfiku, ale jak widać nie tylko tropiki go pociągały – zimne morza także! Poza tym pływanie w XVIII wieku po tutejszych akwenach było nie lada wyczynem. Nawet teraz jest wyzwaniem, choć mamy nowoczesne urządzenia, GPSy, radary, ubrania z goretexu, super sztormiaki, kadłuby ze stali i mapy na komputerach. Pozostaje tylko chylić czoła przed żeglarzami sprzed stuleci.
Co dziś robiłam? Żeby nie wpaść w depresyjny nastrój, w który chce nas wpędzić jesienna już tutaj aura, potłumaczyłam sobie kolejne dowcipy o Czukczach. Dowcipy dowcipami, ale Czukczów lubię i mam nadzieję, że nie będą mi mieli za złe że przytaczam co o nich piszą Rosjanie (bo dowcipy są z rosyjskich stron internetowych):
Dwaj Czukcze rozmawiają: - Durny ten car Mikołaj był… - stwierdza jeden. - Durny? Dlaczego niby? - No bo Alaskę Amerykańcom sprzedał, a Czukotki – nie!
Siedzi dwóch Czukczów i odpala bombę. Przygląda im się przerażony mężczyzna: - Co wy robicie? Przecież ona wybuchnie! – wykrzykuje. - Ech, nic nie szkodzi… Mamy drugą…
Czukcza miał pomalować statek. Pomalował. Przychodzi komisja odebrać pracę. Patrzy i się dziwi. - Czukcza, a dlaczego ten wasz statek tylko z jednej strony pomalowany? - Czukcza nie durak. Czukcza umowę czytał. A tam napisano: Czukcza – z jednej strony, dyrekcja Morskiego Flota z drugiej strony!
Na prośbę ludzi ze swojego osiedla pojechał Czukcza do Moskwy, aby dowiedzieć się, kiedy będzie komunizm. Na spotkaniu z Gorbaczowem pyta: | - Kiedy będzie komunizm? - Wot, widzisz… Za oknem stoi moja Wołga, obok Wołga Lukjanowa, dalej Wołga Ligaczewa. Kiedy będzie tam w jednym rzędzie stała także twoja Wołga, wtedy możesz uznać że jest komunizm. Wrócił Czukcza do siebie, do wioski w tundarze. Współplemieńcy pytają: - No i jak? Dowiedziałeś się? - Pewnie! Widzicie, przed jarangą stoją moje sanie, obok twoje, a tam dalej jego. Jeśli będą tam także sanie Gorbaczowa, znaczy że nadszedł komunizm.
Czukczy urodziło się szóste dziecko. Aby dostać metrykę urodzenia, Czukcza musi wypełnić formularz. Narodowość ojca? Wiadomo: Czukcza - wpisuje. Narodowość matki: Czukcza. Narodowość dziecka? Czukcza wpisuje: Chińczyk. - Jak to Chińczyk jak obydwoje rodzice są Czukczami? – dziwi się urzędniczka. - A co wy myślicie, że Czukcze gazet nie czytaja? Przecież tam jasno napisane, że teraz na Ziemi co szósty mieszkaniec to Chińczyk! – rezolutnie odpowiada Czukcza. Czukcza opowiada: - W górach pojawił się ogromny ptak. Ludzi w powietrze unosi! Czukcza trzy razy strzelał, zanim człowieka to dziwo wypuściło. Innostrańcy mówią o tym: lotnia!
* * * * * *
21 sierpnia, 45. dzień wyprawy, znowu o 3-ej w nocy Znowu na Morzu Czukockim Pozycja na 0300: 69 st. 44`N, 176 st.40`W Buja…
Chyba musimy coś zmienić w naszym systemie wacht – znowu mam „psiaka”, czyli wachtę od północy do czwartej rano, którą potem trudno odespać.
Na pokładzie ziąb i śnieg! Zaczęło sypać już wczoraj – w końcu to Arktyka. Na szczęście w sterowaniu wyręcza nas Amos – samoster działa na tyle dobrze, że właściwie mogę ograniczyć się jedynie do wystawiania głowy i sprawdzania czy nie płynie jakiś statek, czy żagle dobrze pracują i zerknięcia na pokładowy GPS czy nie zbliżamy się za bardzo do lądu. Znajdujący się pod pokładem komputer z mapami wyłączyliśmy, bo idąc na samych żaglach oszczędzamy prąd – zasilanie to odwieczny problem małych jachtów, a nasze baterie słoneczne umieszczone na nadbudówce nie są tak wydajne, jak na to liczyliśmy.
Ogólnie to jednak płynie się całkiem fajnie, bo wreszcie mamy fajny wiatr. Wieje od rufy, więc z ustawionymi „na motyla” żagielkami suniemy z prędkością 7-8 węzłów. Pod pokładem rzuca jak diabli – nasz jacht to teraz taki „kiwaczek” kolebiący się z burty na burtę. Nawet zrobienie herbaty jest problemem , bo trzeba niezłej koordynacji aby próbować utrzymać pion, zapierając się o co się da, a równocześnie uważać, aby nie oblać się, nie pozwolić kubkowi odjechać i nie zostać zaatakowanym przez jakieś nieopatrznie zostawione na wierzchu, źle zasztauowane przedmioty.
Wczoraj około 14-tej przekroczyliśmy po raz drugi południk 180-ty i tym samym wróciliśmy na półkulę zachodnią, przy okazji zmieniając morza – ze Wschodniosyberyjskiego na Czukockie (tak czy owak to wciąż Ocean Arktyczny, czy jak wolą Rosjanie – Północny Ocean Lodowaty). Tym razem obydwoje z Börje czujnie czekaliśmy na moment kiedy na ekranie naszego Garmina (GPSa) pojawi się magiczne 180 (poprzednim razem byłam zła, że przegapiłam) i… znowu się nie udało. No ale teraz to nie nasza wina tylko GPSa który pokazuje pozycję przeskakując co kilka sekund. W rezultacie graniczny „180” pominął – udało nam się na zdjęciach uchwycić jedynie 179 stopień 59 minut 0,547 sekundy EAST, a potem już było 179 stopień, 59 minuty 0,987 sekundy WEST.
Z innych spraw – łączyliśmy się przez satelitę z radiem TOK FM, w którym w niedzielnym programie podróżniczym była mowa o naszym rejsie (pozdrawiamy prowadzących i słuchaczy!). Padło pytanie, za czym tęsknię… Oczywiście bez zastanowienia wymieniłam rodzinę. Potem zastanawiałam się, za czym jeszcze. Za ciepłem, za lasami, czy w ogóle – drzewami, za chodzeniem w letniej sukience i w sandałkach, za świeżymi owocami… Za czym NIE tęsknię? Za telewizją, za informacjami o polityce, za zwariowanym tempem życia z milionem „ważnych” spraw „na wczoraj”…
* * * * * *
20 sierpnia, 44. dzień wyprawy, o 3-ej w nocy Morze Wschodniosyberyjskie Po minięciu Billings Point (ros. Mys Billingsa) Pozycja na 0300: 69 st. 45`N, 176 st. 41`E Zapiski nocnej wachty
Ale pogoda… Termometr pokazuje zero stopni, siąpi nieprzyjemny deszcz, a mgła taka, że ledwo widać dziób jachtu. Na szczęście na radarze zupełnie czysto. Wiatr w międzyczasie zmienił się na północny, czyli niby okej, ale jest tak słaby, że jakby go nie było. W międzyczasie pożegnaliśmy się już z białymi nocami – teraz jest już szaro-ciemno, wrócił też dawno (od wyjazdu z Europy) nie widziany księżyc. To znaczy dzisiaj księżyca nie ma, bo zasłaniają go chmury, ale wczoraj świecił.
Ponieważ steruje Purga (autopilot), a ja tylko śledzę mapy na ekranach komputerów, mogę pozwolić sobie na przeglądanie moich notatek o Czukotce. Przetłumaczyłam właśnie artykuł jaki jeszcze przed wyjazdem ściągnęłam z Internetu ze stronki www.aif.ru . Tekst był napisany w 2008 roku, a chodziło o arktyczny, to znaczy odbywający się wzdłuż wybrzeży Czukotki rejs statku „Anadyr” należącym do Pogranicznej Służby. Było to niebywałe tutaj wydarzenie, bo statki pograniczników nie pokazywały się w tym rejonie Arktyki od 1993 roku, a i wtedy nie wychodziły dalej niż do portu Uelen, tuż przy Cieśninie Beringa. Ostatecznie, po 15 latach przerwy, pogranicznicy mogli znowu zademonstrować swoją obecność i siłę. Nie bez powodu. Jak tłumaczy bardzo nacjonalistycznie nastawiony autor tekstu: „Arktyka jest dla Rosji bardzo ważna ze względów ekonomicznych, a to ze względu na bogactwa naturalne wśród których szczególnie ważne są ropa i gaz z szelfu”. I dalej (cytuję dokładne tłumaczenie): „od pewnego czasu rosyjska część Arktyki zrobiła się wyludniona, co sprawa że sąsiedzi patrzą na nią pożądliwym i zawistnym okiem. >Sami nie korzystają i nam nie dają< – zarzucają Rosji. Ameryka w ogóle marzy o przekształceniu Morza Czukockiego w ogólnie otwarte dla ekonomicznego wykorzystania. Kanada, USA, Norwegia i Dania chciałby podzielić Arktykę miedzy sobą, ograniczając Rosję jedynie do granic jej szelfu. (…) No ale Rosja nie poddaje się i chwała Bogu – zaczyna podejmować stosowne kroki.”. Następnie jest o tym, że: „Prezydent zatwierdził już program o zagospodarowaniu i ochronie Arktyki. Sporo miejsca w tym dokumencie poświecono pogranicznikom jako stróżom ekonomicznych interesów państwa. (…) Jeszcze w 2001 roku Rosja zgłosiła do ONZ kwestię rozszerzenia swojej polarnej ekonomicznej strefy z 200 mln do 350 [podejrzewam że chodzi o kilometry kwadratowe], uzasadniając to tym, że taka jest właśni e wielkość rosyjskiego szelfu w Północnym Lodowym Oceanie [chodzi o Ocean Arktyczny]. Sprawa do tej pory została bez odpowiedzi, dlatego też Rosja zaczęła podejmować konkretne kroki. 2 sierpnia 2007 roku dwa aparaty głębokościowe typu „Mir” zostały opuszczone na morskie dno w rejonie Bieguna Północnego, wzięły próbki gruntu i zostawiły tam tytanową flagę Rosji. A żeby Ameryka i reszta świata widziała, że wschodni rejon Arktyki jest nasz i nie zgodzimy się oddać Morza Czukockiego w międzynarodowe władnie, wysłaliśmy „Anadyr” aby niósł tam rosyjską flagę i strzegł naszej granicy”.
Zastanawia mnie tu kilka rzeczy… Szczerze mówiąc to myślałam że taki obszar to choćby ze względu na bezpieczeństwo pływających tu jednostek, kontroluje kilka statków, a tymczasem wynika że jest tylko „Anadyr” i jeszcze druga – „Newa”! Druga sprawa – w Kanadzie statki Coast Guardu prowadzą badania naukowe i służą do pomocy wszelkim jednostkom, pełniąc służbę pokojową, niczego nie demonstrując. Czy tu nie mogłoby być podobnie? No i po co ta tytanowa flaga pod biegunem? Za tą cenę można byłoby na przykład uprzątnąć tysiące pordzewiałych beczek z Wyspy Wrangla.
PS. Nas pilnuje nie „Anadyr”, który teraz jest chyba na Kamczatce, tylko właśnie ta wspomniana jego następczyni – statek „Newa”.

|